Śmierć

Rozumuję tak:

1. Demografowie  twierdzą ponoć, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu tysięcy lat przyszło i zeszło z tego świata ponad sto miliardów HomoSapienckich dusz. Nikomu nie udało się przeżyć dłużej niż inni, choćby był faraonem, papieżem albo i samym Billem Gatesem (oby żył wiecznie).
2. Kto rodził się w warunkach starożytnego Egiptu, Rzymu, a także Średniowiecza, Renesansu i Oświecenia – konał kilkadziesiąt lat później w takich samych „warunkach społeczno-medycznych”. Dziś jest zupełnie inaczej.
3. Postępy ludzkiej wiedzy i umiejętności są gigantyczne (zwłaszcza, rosnąco, w ostatnim, kolejno, stuleciu, półwieczu, ćwierćwieczu itd.).
4. W dużej części, postęp ów dotyczy ludzkiego zdrowia (od stanu przedzygotalnego, przez śmiertelność mowląt, leczenie serca, protetykę, geriatrię, itp., aż do zgonu). Generalnie, kto w roku 2017 w miarę dobrze się prowadzi, ma statystyczną szansę przeżyć w dobrej formie przynajmniej kilkanaście, albo nawet (małe) kilkadziesiąt lat więcej niż w roku 1917. To są zmiany zasadnicze i ogromne. Kompletnie nowa jakość przeciętnego ludzkiego życia (w niektórych krajach, ma się rozumieć). Jednak, jako białkowy fenotyp, człek na końcu umrzeć nadal MUSI, a jego uśredniona śmierć jest – co do istoty – IDENTYCZNA jak skon neandertalczyka. Tak samo pełna lęku, tak samo długa, tak samo bolesna.
5. Moje ursynowskie wiosenne pytanie brzmi: czemu w tych najbardziej rozwiniętych krajach świata w ciągu tysiącleci zmieniła się calutka medycyna oraz, obyczajowo, całe główne prawa człowieka i obywatela, ale nie zmieniło się NIC, gdy chodzi o ludzką śmierć? Uważam, że dziś w tych krajach człowiek jest jedynym (wyłącznym) właścicielem własnego życia.  Czemu nie może odejść kiedy chce i jak chce?
6. Rzecz jasna, zawsze można wykonywać różne gwałtowne i skutecznie śmiertelne ruchy pełne strachu i cierpienia https://www.youtube.com/watch?v=U0vB1ljGyzU. Jednak przez tysiące lat gradient wszelkich cywilizacyjnych zmian zawsze był wycelowany w przyjemność człowieka. Nie to, żeby było mu od razu idealnie, ale żeby mu było mniej źle. Mniej przykro. Wygodniej. Milej. Spokojniej. Życzliwiej. Bezboleśniej. Ogień, prąd, aspiryna, WC, materac i podobne.
7. Wystarczą dwa zastrzyki takie same, jakie robi weterynarz usypiający ssaka. Pierwszy wyłącza świadomość, drugi zatrzymuje akcję serca. Dlaczego ta prosta i tania metoda nie jest powszechnie dostępna na życzenie?

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Pesel 470530… albo życzenia dla Królika

Królikowi, czyli Eli Jabłońskiej, dobre życzenia od Muchy, czyli ode mnie, śle z okazji dzisiejszych LXX Urodzin życzliwy, przyjazny i pamiętający Staszek Remuszko : -)

remuszko@gmail.com, +22 641-7190, 504-830-131

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

Ryzykant

© ®  Graj ufnie. Lecz wszystkie pozostałe prawa są zastrzeżone.
Play confidingly. But all rights are reserved : -)
ZASADY OGÓLNE

1. Gra się 5 standardowymi kośćmi. Takie kości mają oczka – od 1 do 6.
2. Gracze rzucają całą piątką kości – na zmianę.
3. Każdy z graczy z każdego rzutu (i swojego, i rywala) wybiera swoje własne dowolne ustawienie kości (według schematu: 2 kości + 2 kości + 1 kość), i to ustawienie zapisuje w specjalnej tabelce: sumę oczek pierwszej wybranej pary oraz drugiej wybranej pary „na górze” (G), oczka zaś pozostałej (piątej) kości „na dole” (D).
4. Zapis G jest punktowany. Kto zebrał więcej punktów, ten wygrywa.
5. Zapis D służy do określenia końca gry dla danego gracza.
6. Na dole można zapisać co najwyżej trzy kości (spośród 1-6)
7. Przy każdym rzucie, na dole musi zostać odnotowana jedna kreska (przy wybranej kości).
8. Gra dla gracza kończy się wraz z rzutem, po którym w jego zapisie D zostanie odnotowana dziesiąta kreska przy którejkolwiek z wybranych trzech kości.
9.  Oznacza to, że – przy wyborze trzech kości i bardzo równomiernym rozkładzie stawiania kresek „na dole” – każdy z graczy zbiera punkty z 28 rzutów (3 x 9 = 27 + rzut kończący, który sprawi, że gracz postawi dziesiątą kreskę).
10. Jeśli gracz wybrał dotychczas tylko jedną albo tylko dwie kości, i w bieżącym rzucie nie wypadła ta jedna lub żadna z tych dwóch – gracz musi wybrać z tego rzutu trzecią kość i zapisać ją na dole.
11. Może być tak, że gracz przy kolejnych rzutach wybrał już sobie trzy kości do zapisu D, i w którymś rzucie nie wypadła żadna z tych trzech kości. Wtedy gracz otrzymuje premię zwaną „puściochem”: dolicza sobie punkty G, ale nie odnotowuje kreski D. Zdarza się to rzadko: w jednej partii przeważnie wcale, czasem jeden raz, bardzo rzadko dwa razy, a trzy puściochy zdarzyły mi się tylko parę razy w życiu (rozegrałem setki partii). W takich bardzo szczęśliwych przypadkach (równomierny rozkład + puściochy) gracz zanotuje sobie punkty G nie z 28 rzutów, lecz z 29 rzutów (rzadko) lub z 30 rzutów (bardzo rzadko) lub z 31 (zupełnie wyjątkowo rzadko). Rzecz jasna, teoretycznie możliwa jest dowolna liczba „puściochów”. Szóstka w lotto też się zdarza, lecz tylko z teoretyczną szansą około 1 : 14 x 10^6. „Praktyczność”, innymi słowy, jest wyłącznym skutkiem ogromnej liczby typowań.
12. To jest zabawa idealna dla dwóch-trzech osób, a przy osobach czterech wygodnie mieć osobę piątą, która sama nie gra, tylko uważnie zapisuje decyzje graczy i pilnuje kolejności rzucania. Jedna partia „Ryzykanta” rozgrywana bez pośpiechu przez dwie osoby trwa przeważnie około jednej godziny.
13. Pomysł gry w sensie 2 + 2 + 1 nie jest moim pomysłem. Moim (i Żony) genialnym wynalazkiem jest punktacja oraz (adekwatna) nazwa gry.

PUNKTACJA

Generalnie rzecz biorąc, punktacja odzwierciedla w przybliżeniu względne prawdopodobieństwo wyrzucania par.

Podstawowo, za każdą kreskę przy „dwójkach” (oczka 1 + 1) dostaje się 600 punktów, za każdą kreskę przy „trójkach” (oczka 1+2 albo 2+1) 300 punktów, za „czwórkę” (oczka 1+3, 3+1, 2+2) 200 punktów, itp., itd., z osią symetrii za 100 punktów przy „siódemkach”, które można wyrzucić na 6 sposobów (oczka 1+6, 6+1, 2+5, 5+2, 4+3, 3+4).

Jednakże, aby te punkty dostać, konieczne jest spełnienie warunku, by kresek przy danej kości było dokładnie pięć. Zwyczajowo, zapisujemy je w postaci kwadracika z przekątną. Taki pierwszy pięciokreskowy kwadracik przy danej kości oznacza zarobek 5 x 100 = 500 punktów przy tanich (najczęściej wyrzucanych) „sódemkach” oraz 5 x 600 = 3000 punktów przy drogich (najrzadziej wyrzucanych) dwójkach lub dwunastkach.

Za drugi pięciokreskowy kwadracik przy danej kości otrzymamy dwa razy więcej  punktów, za trzeci – cztery razy więcej, za czwarty – osiem razy więcej, itp., itd. Przykładowo: drugi kwadracik przy „siódemkach” daje 1000 punktów, trzeci 2000 punktów, a czwarty 4000 punktów. Odpowiednio drugi kwadracik przy „dwójkach”/„dwunastkach” daje 6000 punktów, trzeci 12 000 punktów, czwarty zaś 24 000 punktów. Przy tzw. łatwych parach („szóstki”, „siódemki”, „ósemki”) osiągnąć dwa pełne kwadraciki (pełne = z przekątną) jest dość łatwo, trzy – trudniej, ale się zdarza, czterech zaś kwadracików siódemkowych nie udało mi się chyba zdobyć nigdy lub może raz w życiu. Natomiast już trzeci kwadracik przy parach trudnych i najtrudniejszych („dwójki”, „trojki”, ‘jedenastki”, „dwunastki”) jest możliwy tylko teoretycznie; w każdym razie nigdy nie widziałem, by ktoś go zaliczył.

Druga połowa punktacji jest przykra, bo dotyczy „plusów ujemnych”.

Za każdą kreskę, która brakuje do pięciu kresek tworzących pierwszy pełny kwadracik, gracz dostaje tyle punktów ujemnych, ile dostałby na plus, gdyby kwadracik domknął. Przy drugim kwadraciku – dwa razy tyle punktów ujemnych. Przy trzecim – cztery razy tyle. Przy czwartym (teoretycznym…) – osiem razy tyle.

Prześledźmy to na dwóch przykładach.

Przykład pierwszy. W momencie zakończenia gry, gracz ma przy „siódemkach” dwa domknięte kwadraciki, trzeci zaś napoczęty jedną kreską. Za pierwszy kwadracik dostaje plus 5 x 100 = 500 punktów, za drugi 5 x 200 = 1000 punktów, czyli razem 500 + 1000 = plus 1500 punktów. Natomiast w trzecim kwadraciku brakuje mu do domknięcia 5 – 1 = 4 kresek. 4 x minus 400 = minus 1600 punktów.  Zatem suma jego zdobyczy przy „siódemkach” wynosi 1500 – 1600 = minus sto punktów. Namęczył się, zużył jedenaście kresek, i jeszcze stracił w rubryce „siódemek” sto złotych (gdyby przyjąć przelicznik 1 punkt = 1 złoty).

Przykład drugi. W momencie zakończenia gry, gracz ma przy „dziesiątkach” dwa domknięte kwadraciki, w trzecim zaś brakuje mu dwóch kresek. Dostanie za pierwszy kwadracik plus 5 x 200 = 1000 punktów, za drugi kwadracik plus 5 x 400 = 2000 punktów, czyli razem 1000 + 2000 = plus 3000 punktów. W trzecim kwadraciku brakujące dwie kreski liczą się poczwórnie, czyli 2 x minus 800 = minus 1600 punktów. Bilans: 3000 – 1600 = 1400 punktów. Zarobił w rubryce „dziesiątek” 1400 złotych (jeśli przyjąć przelicznik 1 punkt = 1 złoty).

Tabela „G” wygląda tak:
2 x 600

3 x 300

4 x 200

5 x 150

6 x 120

7 x 100

8 x 120

9 x 150

10 x 200

11 x 300

12 x 600

UWAGI KOŃCOWE

Rzecz jasna, dobrze jest stawiać kreski przy jak najmniejszej liczbie kościanych par („otwierać” jak najmniej spośród powyższych teoretycznych 11 możliwości) oraz starać się zamykać już otwarte kwadraciki i, zwłaszcza pod koniec gry, nie otwierać nowych.

Atrakcyjność „Ryzykanta” polega także na tym, że rozkładu kości w rzucie przewidzieć się nie da i czasem pada okrzyk „RZEŹ!”, gdy gracz już był w ogródku, już witał się z gąską, aż tu nagle, wskutek podłego i oczywiście niesprawiedliwego losowego rzutu, musi otworzyć drugi (trzeci) kwadracik, i w sumie ma mocno w plecy, zamiast być dużo do przodu.

Po postawieniu dziesiątej kreski przy którejkolwiek kości na dole – gracz przestaje grać, ale jego przeciwnik (przeciwnicy) grają dalej dopóty, dopóki każdy z nich w swoim zapisie D nie postawi dziesiątej kreski. Wtedy następuje dodawanie i odejmowanie zarobku/strat, wedle oczywistych reguł arytmetycznych.

Jak w każdą grę, w „Ryzykanta” grać można dla czystej satysfakcji lub podług dowolnie umówionych stawek (fanty, pieniądze etc.).

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Komentarze są wyłączone

Kłamstwo

http://www.sws.org.pl/

Stanisław Remuszko
Bywalec forum
Dołączył: 24 Paź 2005
Posty: 130
Post Wysłany: Czw Mar 30, 2006 3:58 am

Kłamstwo, to – podług słowników – świadome głoszenie fałszu. Przez 58 lat życia niewiele osiągnąłem, ale z paru rzeczy jestem dumny. Jedna z nich, to dość powszechna opinia przyjaciół i znajomych, że Staszek Remuszko nie kłamie. Czasem się myli, czasem koloryzuje, czasem (nie chcąc sprawić przykrości) coś przemilczy – ale nigdy nie łże.
Prawie dwa miesiące temu nieopatrznie zabrałem głos na forum SWS, w odpowiedzi na co Krzysztof Łoziński kilka razy zarzucił mi kłamstwo (patrz postscriptum). Ponieważ zarzuty były bezpodstawne, nieprawdziwe i publiczne, poprosiłem o publiczną pomoc członków Zarządu SWS oraz moderatorów. Pomocy tej nie dostałem. Muszę bronić się sam.

Jak wiadomo, człowiek w moim wieku „pamięć ma dobrą, ale krótką”. Pewne rzeczy jednak się pamięta – na przykład własne imię i nazwisko, daty urodzin dzieci, porażenie lekturą „Archipelagu Gułag”, relację Ryszarda Reiffa z posiedzenia Rady Państwa PRL przekazaną na gorąco kilku osobom w niedzielny poranek 13 grudnia 1981, rewizję bezpieki w moim domu latem 1984 roku, albo nieliczne fascynujące wizyty u Stanisława Lema. Psychologowie określają to mianem tzw. wydarzeń znaczących. Takim właśnie wydarzeniem był telewizyjny obraz Michnika i Urbana przyjacielsko objętych ramionami i uśmiechających się do kamery na wernisażu Andrzeja Mleczki w redakcji „Szpilek” ćwierć wieku temu – co w paru zadaniach zrelacjonowałem na forum.

Nie wiem, czemu Krzysztof Łoziński – który, w odróżnieniu ode mnie, nie był na tym wernisażu – uznał tę moją opowieść za wyssaną z brudnego kłamliwego palca. Samego Krzysztofa Łozińskiego nie znam (nigdy w życiu z nim nie rozmawiałem i nie wiem nawet, jak wygląda). Jednak będę się upierał, że nazywam się Stanisław Remuszko, widziałem co widziałem, i nie jestem psychicznie chory.
Odnosząc się na forum SWS do tej przykrej i niepojętej sprawy, powiadomiłem Czytelników, że: w miarę wolnego czasu zbieram materiały. Piszę listy. Telefonuję. Spotykam się. Rozmawiam. Grzebię w archiwach. Przeprowadzam kwerendę. O szczegółach poinformuję. Otóż inwestygacyjną jasność mam już od paru tygodni, ale albo musiałem gdzieś wyjeżdżać, albo forum przez czas jakiś nie działało, a ostatnio wiele godzin zajmuje mi staranne przygotowanie roweru do tegorocznego sezonu.
Dziś wreszcie zebrałem się, lecz zanim przedstawię ustalenia – nasamprzód alfabetyczna lista rozmaitych wybitnych osób (telewizyjnych, fotograficznych, artystycznych, żurnalistycznych, historycznych, literackich, renesansowych etc.), z którymi miałem przyjemność rozmawiać podczas tego klasycznego dziennikarskiego śledztwa: Jarosław Abramow-Newerly, Joanna Aderek, Janusz Atlas, Elżbieta Bielawska, Julian Bohdanowicz, Jerzy Brukwicki, Erazm Ciołek, Andrzej Dudziński, Witold Filler, Janusz Głowacki, Magdalena Gromadzka, Marek Kassa, Michał Komar, Andrzej Krauze, Jadwiga Mateńko-Kwapich, Andrzej Mleczko, Chris Niedenthal, Andrzej Paczkowski, Maciej Pietrzyk, Andrzej Rybczyński, Jarosław Stachowicz, Izabela Szaflarska, Janusz Ściskalski, Jarosław Szczepański, Stanisław Taczanowski, Stefan Truszczyński i Magdalena Walter; mam nadzieję, że nikogo nie pominąłem.
Najzwięźlej: inkryminowanej sceny nie udało się odnaleźć ani w telewizyjnych archiwach, ani na nieruchomym zdjęciu. Zachowała się wprawdzie wernisażowa dokumentacja CAF, i jest tam nawet Jerzy Urban, ale kadrów z Michnikiem brak (Erazm Ciołek zauważa w tym miejscu, że jeśli scena była zaaranżowana przez jej bohaterów specjalnie pod kamerę, to trwała tylko kilka-kilkanaście sekund).
Pozostają relacje świadków. Że opisana przeze mnie sytuacja miała miejsce, potwierdzili jednoznacznie (choć z mniejszą lub większą wyrazistością) Janusz Atlas, Witold Filler i Andrzej Mleczko. Prawdziwą radość sprawił mi jednak dopiero Janusz Ściskalski, który, obejrzawszy fotografię http://www.remuszko.pl/zagadka/ wykrzyknął - Ach, to był ten wernisaż, na którym doszło do pamiętnego spotkania Michnika z Urbanem! Nie wierzyłem własnym uszom. - Jakiego spotkania? – spytałem spokojnie. - No wie pan? Gdy zobaczyłem to zdjęcie, to przede wszystkim skojarzyło mi się tamto wydarzenie. Notowałem, starając się nie zgubić ani słowa. - Ale co konkretnie? – próbowałem uściślić. – - Jak to, co? Urban był wtedy rzecznikiem rządu, a Michnik wiadomo. No i przy ludziach był niedźwiedź, były buziaczki, to wówczas miało bardzo ważne znaczenie…
Z panem magistrem inżynierem Januszem Ściskalskim rozmawiałem wprawdzie pierwszy raz w życiu, ale przypuszczam, że można mu ufać bez zastrzeżeń, skoro sam z siebie, bez żadnych naprowadzeń, opowiedział powyższą historyjkę. Na fotografii stoi samotnie pod ścianą wpatrzony w jeden z rysunków (za plecami łysawego pana w okularach – ponoć Bogusława Płazy; ja też tam się odnalazłem w mojej rudej kowbojskiej kamizelce, ale to nieznaczący detal). W grudniu 1981 roku Janusz Ściskalski był szefem komisji kultury Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”. W wolnej Polsce został dyrektorem „Ursusa”. Do dziś jest przyjacielem Zbigniewa Bujaka. - Czy mogę upublicznić pana relację? - upewniłem się na zakończenie. - Jasne, przecież to prawda…
I to już koniec mojej opowieści. Dziękuję za pomoc wszystkim miłym Paniom i Panom, których poznałem przy okazji tych wielodniowych tropicielskich zabiegów, prowadzonych od Ursynowa przez Kraków i Londyn po Toronto. Cieszę się z kilku odnowionych starych znajomości. Życzliwych Czytelników, którzy dobrnęli do tego miejsca, pozdrawiam serdecznie i z respektem
Stanisław Remuszko
P.S. Przyczyny postępowania Krzysztofa Łozińskiego na forum SWS ujawnią się zapewne w trakcie procesu przed warszawskim sądem rejonowym, gdzie 13 marca 2006 został złożony pozew o ochronę dóbr osobistych. Nie omieszkam zdać sprawozdania. Przypominam ważniejsze zarzuty Łozińskiego: Remuszko systematycznie szkaluje historię i ludzi, Remuszko pomawia innych ludzi o różne paskudne rzeczy, Złapałem Remuszkę na kłamstwie, Remuszko zmyślił wszystko na poczekaniu, Remuszko w ewidentny sposób zmyślił historyjkę ze szczegółami

http://www.remuszko.pl/szukam/

Gdyby ktoś w tej sprawie chciał mi coś rzec, uprzejmie zapraszam do telefonu:

+22-641-7190 lub do mejla remuszko@gmail.com

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Komentarze są wyłączone

Mateusz Piskorski

http://partia-zmiana.pl/2017/05/12/piskorski-bedzie-wieziony-przez-kolejne-miesiace/

11 maja odbyła się kolejna rozprawa o przedłużenie tymczasowego aresztowania Mateusza Piskorskiego. I tym razem sąd, na żądanie prokuratury się zgodził. Piskorski pozostanie w areszcie co najmniej do sierpnia.

Poręczenia? A co to sąd obchodzi?

Tymczasowe aresztowanie, choć najbardziej dotkliwe dla podejrzanego, jest tylko jednym z trzech środków zabezpieczających, o których mówi Kodeks Postępowania Karnego. Obok niego wymienia też policyjny dozór i poręczenie. Obrona miała argumentować przed sądem, że dalszy areszt nie tylko jest bezcelowy i krzywdzący dla Piskorskiego, ale i dalsze jego trwanie z uwagi na niedawne pobicie go przez funkcjonariusza ABW, także niebezpieczne dla jego zdrowia i życia. Miała tak argumentować, bo jak było to nie mam pewności. Rozprawa znów odbyła się przy drzwiach zamkniętych, a adwokaci zasłaniając się obowiązkiem zachowania tajemnicy, nie chcieli mi udzielić żadnych wyjaśnień. Oczywiście znów też nikomu nie przeszkadzał fakt, że samemu zainteresowanemu kolejny raz odmówiono udziału w posiedzeniu. Mimo, że mają go w więzieniu i w każdym momencie mogą go dostarczyć do sądu, rozprawy cały czas mają charakter zaoczny, a jemu samemu odmawia się udziału we własnej sprawie.

Tym razem, mając za soba doświadczenia kolejnych przedłużeń aresztu, obrońcy zamiast tymczasowego aresztowania zaproponowali sądowi zebrane przez różnych ludzi poręczenia. Wśród poręczycieli znaleźli się m.in.: poseł na Sejm RP Janusz Sanocki oraz  łotewska europosłanka, Tatiania Żdanoka. O ile europosłanka napisała krótko, iż „gwarantuje, że w przypadku uchylenia tymczasowego aresztowania, Piskorski stawi się na każde żądanie polskich organów wymiaru sprawiedliwości”, o tyle Janusz Sanocki, poza standardową formułką poręczenia, pozwolił sobie na publicystyczny komentarz. Warto go tu w kilku miejscach przytoczyć.

Powątpiewając w sens stawianych Piskorskiemu zarzutów, Sanocki pisze: „Piskorski jawnie opowiadał się za opcją rosyjską, co w gruncie rzeczy dyskwalifikowałoby go jako rosyjskiego szpiega. Rosyjski szpieg – zgodnie z zasadą >>maskirowki<< powinien raczej publicznie występować z zajadle antyrosyjskimi deklaracjami, słowo >>putin<< wypowiadać z charakterystycznym grymasem obrzydzenia (i ma się rozumieć małą literą), a nazwę >>Rosja<< jak najczęściej łączyć ze słowem: >>agresja<<…” (wypisz, wymaluj, minister Maciarewicz! Panowie z ABW pojmali niewłaściwego człowieka! – przyp. autora). I dalej retorycznie pyta – „Co za pożytek byłby ze >>szpiega<<, który jest jawnie prorosyjski?”. Sanocki zauważa również, że jako dziennikarz i polityk, Piskorski – „nie miał dostępu do tajemnic urzędowych, nie pracował w ministerstwie i w związku z tym jego przydatność jako szpiega wydaje się znikoma”. Krytykując zaś tak długie, bo roczne już aresztowanie zauważa, że: „Prokuratura kierując wniosek do sądu o zastosowanie tymczasowego aresztowania w sprawie o szpiegostwo znanego dziennikarza i polityka, powinna mieć twarde dowody na potwierdzenie oskarżenia. Trudno się godzić na sytuację, w której w sposób spektakularny aresztuje się człowieka głoszącego poglądy odmienne od dominującej linii politycznej, bez posiadania niezbitych dowodów, a następnie przetrzymuje się go w więzieniu przez wiele miesięcy – gdyż w istocie zgoda na taką sytuację oznaczałaby zgodę na prześladowanie ludzi za ich poglądy.”. Sanocki w latach PRL był działaczem „Solidarności”, internowany w stanie wojennym w więzieniu spędził półtora roku. Wtedy nazywano go „pachołkiem Reagana”, dziś z goryczą dostrzega analogię, gdy przeciwników nazywa się „pachołkami Putina”. W przekonaniu posła wina Piskorskiego w zarzucanych mu czynach, jest mało prawdopodobna zaś – „wiele wskazuje na to, że prokuratura działa na polityczne zlecenie, wypływające z ostro antyrosyjskiej linii politycznej obecnych władz. Wskazuje na to także przedłużający się czas tymczasowego aresztowania, zupełnie niewytłumaczalny i absolutnie niemożliwy do zaakceptowania. Jeśli Piskorski jest szpiegiem, dawno powinien stanąć przed sądem. Jeśli oskarżenie nie miało podstaw, przed sądem powinien stanąć prokurator, który wydał nakaz aresztowania” – kończy swój wywód. Całkowicie się z tym zgadzam i ze swej strony dodam, że nie tylko on, ale także funkcjonariusze ABW i sędziowie, którzy pozostają do dyspozycji partii rządzącej, muszą odpowiedzieć za swe czyny, gdy ta władza już przeminie.

Co to dało? Mając na biurku ponad 50 poręczeń sąd ogłaszając swą decyzję o dalszym więzieniu Piskorskiego w ustnym uzasadnieniu nie uznał za stosowne, by poświęcić mu choćby jedno słowo. Sędzina (NAZWISKO) zbyła to milczeniem, zupełnie tak, jakby żadnych poręczeń nie było

Naukowa ekspertyza też do kosza

Po początkowych oskarżeniach o szpiegostwo na rzecz Iraku, Chin i Rosji, mających zapewne być pretekstem dla izolacji Piskorskiego w areszcie wydobywczym, mogliśmy przeczytać między innymi na łamach „Rzeczpospolitej”, do której dotarł ocenzurowany list z więzienia, że teraz Piskorskiemu zarzuca się między innymi to, że „próbował wpływać na polską opinie publiczną”. Jeśli to jest przestępstwo, to w takim razie w wiezieniu powinni od dawna gnić Tusk, Kaczyński i wszyscy polscy politycy. Przekonywanie opinii publicznej do własnych idei to przecież istota polityki w każdym demokratycznym kraju. Mając na względzie te i inne zarzuty pod których kątem, on i wzywani do ABW świadkowie, są przesłuchiwani, dwie polskie uczelnie podjęły się sporządzenia naukowej ekspertyzy, która miała odpowiedzieć na pytanie – czy czyny, które zarzuca się Piskorskiemu są czynami karalnymi? Odpowiedź obu ośrodków była podobna i sprowadza się do tego, że – „czyny zarzucane podejrzanemu nie wykazują znamion przestępstwa określonych w polskim kodeksie karnym”.

Sąd z ekspertyzą się zapoznał, ale chyba nie zrobiła na nim większego wrażenia. Wiemy tylko, że w ustnym uzasadnieniu swej decyzji, w przeciwieństwie do poręczeń, ekspertyzie poświecił … jedno zdanie. Jak dokładnie brzmiało? Nie wiem. Może – mam to gdzieś?

Boją się wszyscy, także prawnicy

Jest taki dowcip, który opowiadają sobie Amerykanie. Zaczyna się od pytania:

  • Co oznacza 1000 prawników na dnie oceanu?
  • … nie wiem
  • odpowiedź brzmi – to całkiem dobry początek optymistycznego opowiadania.

Coś w tym jest. Nikt ich przecież nie lubi i raczej nie darzy szacunkiem, a świat byłby pewnie bez nich lepszy. Bo trzeba mieć świadomość, że każdy prawnik, a na pewno zdecydowana ich większość, to po prostu ludzie tego systemu. Sam ukończyłem w latach dziewięćdziesiątych prawo na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Nigdy jako prawnik nie pracowałem. Kiedyś tylko hobbystycznie, gdy byłem zastępca naczelnego w tygodniku „Trybuna Robotnicza”, w kolumnie dotyczącej prawa pracy, odpowiadałem na pytania oszukiwanych przez pracodawców pracowników. Doświadczenia procesowego nie mam żadnego, ale zakładam, że obrońcy Piskorskiego składają różne wnioski w terminie, piszą pisma na nie zatłuszczonych kartkach papieru (na Berdyczów?), elokwentne skargi i zdecydowane zażalenia. Od strony formalno-prawnej robią pewnie wszystko co trzeba. Jednak jako ludzie systemu, jego część, nie dopuszczają do siebie nawet myśli, że proces, w którym uczestniczą nie jest uczciwy. Żaden proces polityczny nie jest przecież uczciwy. Nikt też nie przyzna, że jakiś toczący się proces to proces polityczny. Żyjemy przecież w wolnym demokratycznym kraju i mamy  „państwo prawa”! Z tych powodów, a zapewne także ze strachu o własną pozycję i pracę, nie wychodzą poza standardowe procedury, w których powtarzam – na pewno są dobrzy. Dlatego, z nie zrozumiałych dla mnie powodów, nie tylko mi nie chcieli udzielić żadnej informacji, ale odmówili też rozmowy z dziennikarzem niemieckiego prestiżowego „Spiegla”, który sprawą Piskorskiego się zainteresował. Zasłaniali się tym samym co władza, która akurat ma w tym interes – proces jest tajny!

Kilka dni temu w „Superstacji” mogliśmy zobaczyć adwokata Zbigniewa Stonogi, który w imieniu swojego klienta i na jego prośbę składał oświadczenie o tym, że pobito go w Komendzie Stołecznej. Dlaczego z podobnym oświadczeniem nie wystąpili obrońcy Piskorskiego, gdy ten sam stał się obiektem przemocy funkcjonariusza ABW? Czyżby kwestia używania wobec aresztowanych przemocy też była tajna?

Piskorskiego z więzienia nie wyciągną najlepiej napisane wnioski i dobrze wykorzystane procedury. Skoro siedzi w więzieniu na polityczne zlecenie to prawo nie ma znaczenia. Jemu może pomóc tylko medialny szum wokół tej skandalicznej sprawy.  Dziennikarze, prawnicy, ludzie, którzy mają coś do stracenia, boją się o siebie, swoją pracę i kariery. A może Piskorski powinien mieć adwokata z jakiegoś innego kraju? Niemca, Francuza, Włocha? Kogoś, komu Kaczyński, Maciarewicz, Kamiński czy Ziobro, nic nie mogą zrobić, a on nie musi się ich bać? Ale może ja się nie znam na tym? Niektórzy mówią mi, że adwokaci mają swoją strategię. Pytam – jaką? Tajemnica!? No dobrze, niech będzie, że tajemnica, ale skoro Piskorski siedzi już rok i dalej będzie siedział, to chyba najlepsza to ona nie jest?

Tak po ludzku trochę ich wszystkich rozumiem. Sam dużo piszę o sprawie Piskorskiego. Interesuję się nią od jego zatrzymania i staram się nagłaśniać wszystko o czym się dowiem. Pisałem o tym i na „Sputniku” i w „Faktach i Mitach”. No i wczoraj otrzymałem na 15 maja wezwanie na przesłuchanie do ABW. Gdybym więc nagle przestał pisać, zainteresujcie się co się stało. A może nie będzie tak źle i „tylko” mnie pobiją?

Jarosław Augustyniak

ewentualnych komentatorów zapraszam do kontaktu mejlowego lub telefonicznego: Stanisław Remuszko, remuszko@gmail.com, +22 641-7190, 504-830-131

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

Wyznanie przekonań

https://www.tygodnikprzeglad.pl/votum-separatissimum/

Chciałbym stanowczo wyjawić zasadniczą różnicę poglądów pomiędzy mną a trzymającymi się dogmatów wyznawcami Kościoła rzymskiego, boję się bowiem, iż może powstać mylne wrażenie, jakobym zgadzał się ze wszystkim, co „Tygodnik Powszechny” wygłasza jako katolickie pismo.
Najważniejsze zatem różnice przekonań wymienię nie jako aktywista jakiegoś ateizmu, lecz jako naturalista orientujący się w świecie naszym w takiej mierze, w jakiej ustalone zostały podstawowe kanony naukowego światopoglądu.
Uważam, po pierwsze, że badania prenatalne, czyli pobieranie z owodniowego pęcherza kobiety w ciąży pojedynczych komórek i ustalanie na tej podstawie, jakie są szanse narodzin dziecka niedorozwiniętego, np. obarczonego zespołem Downa, są konieczne zupełnie tak samo, a może nawet bardziej, aniżeli wstawianie osobom starszym, co złamały kość udową, tytanowej protezy, ponieważ albo wykorzystujemy wszystkie służące zdrowemu życiu medyczne metody, albo ulegamy z oportunizmu dogmatom sprzecznym z najlepszą naszą wiedzą.
Tym samym uważam, po wtóre, że dopuszczanie do urodzin dzieci, które muszą przez życie – na ogół krótkie – ulegać kalectwu i cierpieniom, jest zbrodnią, jeżeli można temu zapobiec za pośrednictwem sztucznego poronienia albo metod nowożytnej profilaktyki. Nie chodzi bynajmniej o obciążanie społeczeństwa obowiązkiem podtrzymywania przy ułomnym życiu niepełnosprawnych, jak pisała o tym ostatnio w „Tygodniku” pani Hennelowa. Ośmielam się na pierwszym miejscu stawiać dobro osoby, a nie społeczeństwa. Wiemy dzisiaj, że nie łaska boska, lecz statystyka genowo-chromosomalna decyduje o rezultacie ciąży.
Zgodnie z doktryną Kościoła, stosunki małżeńskie mają być dopuszczalne tylko jako sposób poczęcia dziecka. Wynikałoby z tego, że każda para ma prawo jedynie do krótkich, międzyciążowych kopulacji. Zalecane przy tym przez Kościół „naturalne metody” określania okresów płodności są archaiczne i zawsze niepewne.
Uważam dalej, że każdy, kto z jakiś zasadnych, indywidualnych powodów pragnie zakończyć swoje życie, powinien mieć do tego prawo. Uważam też, że we wszystkich wypadkach, w których zachodzi możliwość morderczej recydywy, społeczeństwo ma prawo i powinno stosować karę śmierci.
Uważam zakaz klonowania ludzi za słuszny, ale niestety nieskuteczny, gdyż taki jest los większości stanowionych prawem zakazów. Uważam ponadto, że dzisiaj, w epoce szalejącego seksu, promiskuityzmu, triumfujących dewiacji, wirtualnych krwawych igraszek należy wprowadzać w społeczne życie możliwie bezbolesne metody kontrolowania takich aberracji. Jest rzeczą oczywistą także, że potępiam nasze, szczególnie ostatnio widoczne narodowe wady: oportunizm, hipokryzję, awanturnictwo, łapczywość mamony, powszechną bezkarność, korupcję, warcholstwo.

To są poglądy pana Stanisława Lema sprzed piętnastu lat, oraz – w większości – również moje poglądy dzisiejsze (maj 2017). S.R.

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Wedlowska

[07.05.17, 18:30] Niemerytorycznie chciałbym, aby wygrała pani Le Pen (programów, ani osobowości rywali nie znam ni w ząb, a przede wszystkim nie jestem obywatelem Francji, więc mi to raczej lotto) TYLKO DLATEGO, że jestem przeciwny poprawności politycznej (opinie mediów) i wierzę w zdrowy rozsądek dorosłego Narodu, który w I turze podzielił się mniej więcej równo, a przecież żadna ze stron nie chce źle dla swojej Ojczyzny. Myślę, że Paryż się nie zawali, jeśli w Pałacu Elizejskim zasiądzie dama, tak jak nie zawalił się Budapeszt po wyborze Orbana, Waszyngton po wyborze Trumpa czy Europa po Breksicie. Oni też, zdaje się, wcześniej byli „skrajną prawicą”, ludożercami czy kimś w tym rodzaju, wyjście zaś Anglików z Unii nie tylko było absolutnie niemożliwe, lecz i miało spowodować jakiś straszny światowy kataklizm.

Odsyłam do moich paru niedawnych blogowych wpisów i zachęcam do nadsyłania typowań (remuszko@gmail.com). Kto przed godziną 20:00 przewidzi różnicę z błędem nie większym od 2%, ten dostanie ode mnie tabliczkę wedlowskiej czekolady z orzechami.

Jej Ekscelencję panią Le Pen oraz Rodaków rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : -)

Stanisław Remuszko

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Prezydent Tusk

Gdy ktoś wygra zawody obywatelskie zwane wyborami powszechnymi – chwalić go i gratulować mu jest łatwo. Dlatego już dziś, wiosną 2017 roku, chcę publicznie wyrazić swą szczerą nadzieję, że pan Donald Tusk w 2020 roku zostanie prezydentem Rzeczpospolitej jako najlepszy kandydat na to najwyższe państwowe stanowisko. Odszukałem komentarzyk sprzed sześciu lat i podtrzymuję wyrażone tam oceny w całej rozciągłości: http://www.remuszko.pl/blog.php/?p=355

Dzisiejsze powitanie Donalda Tuska obiektywnie transmitowały przez obiektywy kamer trzy telewizje (TVP, Polsat, TVN). Dzięki internetowi, każdy może te relacje obejrzeć. Przeczytałem felieton na ten temat: http://www.stefczyk.info/blogi/omnibus-prowizoryczny/powitanie-krola-europy,19868151681 i dla równowagi (ku pokrzepieniu serc przeciwników Donalda Tuska) podaję dziesięć powodów, dla których powinien on raczej trafić za kratki niż do Belwederu:

1. Zelektryzował gorszy sort.

2. Przyjechał pociągiem.

3. Jest politykiem skończonym.

4. Sprzyjające mu sondaże są dęte.

5. Nie miał żadnych sukcesów.

6. Był współsprawcą zbrodniczego zamachu smoleńskiego.

7. Sprzeniewierzył koleje linowe.

8. Cieszy się poparciem półgłówków oraz takich wypłukanych umysłowo marionetek jak artysta Jacek Fedorowicz.

9. Jest wiarygodny jak Rumun na stacji benzynowej przy cmentarzu.

10. Uprawia hucpę, nie ma klasy oraz ingeruje w wewnętrzne sprawy Polski.

Scripta manent : -)

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Trzy kroki

Publiczna rozmowa o Smoleńsku jest trudna, ale możliwa.

Trudna dlatego, że społeczne emocje i podziały 7 lat po tragedii przypominają podziały i emocje w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu 36 lat temu stanu wojennego. Oczywiście mniejszy jest stopień i zakres zainteresowania: wtedy stan wojenny żywo obchodził praktycznie wszystkich Polaków, dziś natomiast o przyczyny katastrofy TU-154M spierają się znacznie węższe grupy obywateli.

Trudność rozmowy o Smoleńsku przejawia się naprzód w obraźliwym języku. Często w prywatnych dyskusjach jedni uważają drugich bez ogródek za !@#$%, drudzy zaś pierwszych za ^&*+). Owszem, przed mikrofonem i kamerą oraz w druku słyszymy już i czytamy tylko kulturalne wypowiedzi tych pierwszych o mordercach i zdrajcach, którym ci drudzy łagodnie przeciwstawiają tępych wyznawców smoleńskiej sekty. W sporze przy wielkanocnym śniadaniu mój rodzony brat wsparł się min. Macierewiczem, który – jak mówił brat – zaproponował rzeczowy telewizyjny dyskurs między naukowcami obu obozów, na co ponoć drinż. Lasek z miejsca napluł mu na buty – ale może to nieprawda?

Trzeci z ważniejszych kłopotów polega na rozpiętości wzajemnie wykluczających się wersji zdarzenia. Prawdziwi/fałszywi (niepotrzebne skreślić) patrioci uważają, że główną przyczyną katastrofy były wybuchy oraz Rosjanie-kontrolerzy, natomiast patrioci fałszywi/prawdziwi (niepotrzebne skreślić) główną winą za upadek samolotu o numerze bocznym 101 obciążają jego pilotów. Zdaje się, że przez nikogo niekwestionowana jest tylko liczba ofiar.

Mając na względzie narodową rangę problemu, czyli jego wpływ na nasze życie polityczne i duchowe, pozwalam sobie zaproponować taką rozmowę między byłą a obecną Państwową Komisją Badania Wypadków Lotniczych, aby postronni obserwatorzy mogli z wymiany zdań samodzielnie wyciągnąć wnioski.

Jak to konkretnie zrobić? Bardzo łatwo, tylko muszą tego chcieć obie strony.Z góry odpada telewizyjna debata typu gadające głowy. Dlatego, po pierwsze, że te głowy niemal natychmiast zaczynają się wzajemnie przekrzykiwać i zagłuszać. Dlatego, po drugie, że słuchacz nie ma czasu by zastanowić się nad podawanymi argumentami, bo już słyszy kontrargumenty, po nich kontrkontrargumenty itd. Często też  odpowiedź w ogóle nie odnosi się do zadanego pytania albo jest niemerytorycznym chwytliwym odszczeknięciem; polecam tu sławną  „Sztukę toczenia sporów” Schopenhauera, która w księgarni kosztuje dziś marne 10 złotych.

Rozwiązanie daje internet. Obie komisje powinny utworzyć specjalną stronę www/Dyskusja/pl. Adminem jednej połowy strony byłby zwolennik (niekoniecznie członek) jednej komisji, a adminem drugiej połowy – zwolennik  komisji drugiej. Pomocy mogliby udzielić dziennikarze. Strona byłaby na ogólnych zasadach dostępna na dla wszystkich zainteresowanych internautów. Strona nie miałaby charakteru urzędowego, tylko autorski i publicystyczny.

Przynajmniej na początku potrzebne są pewne formalne ograniczenia. Sugerowałbym, aby taka debata wystartowała od zamieszczenia zwięzłych generalnych „stanowisk w sprawie” – o objętości tekstu nie większej niż, na przykład, 5000 znaków. Zmusiłoby to autorów do wypunktowania i precyzyjnego ujęcia tylko kwestii absolutnie podstawowych. Następnie dyskutanci w podobnie krótkim tekście powinni wzajemnie odnieść się do tych wypowiedzi, czyli ocenić, z czym się zgadzają, a z czym nie. Trzecim krokiem mogłoby być zadanie „przeciwnikowi” kilku jednoznacznych pytań, które wydają się pytającemu najważniejsze. Wszystkiemu przyglądałyby się on-line rzesze obywateli…

Gdyby przy aprobacie komisji starej i nowej udało się uczynić takie trzy publiczne kroki, byłby to ogromny, wręcz gigantyczny postęp w relacjach polsko-polskich. Daj Boże!
Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Sześciu generałów PRL

Baryła, Buła, Kufel, Oliwa, Ryba i Żyto (wpisz w gugle)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj