Cenzura ‚2010

      Wolna prasa jest pierwszym i najważniejszym gwarantem innych wolności. Dzięki swobodnemu słowu, wyrażanemu drukiem, dźwiękiem czy obrazem, w krajach starej demokracji nie da się już ograniczyć wolności i praw człowieka i obywatela – jak kolejno wylicza Konstytucja RP – osobistych, politycznych, ekonomicznych, socjalnych i kulturalnych.
      Czym jest wolne słowo w praktyce? To bardzo konkretne pojęcie, dające się zmierzyć i wystandaryzować. To przede wszystkim „pluralizm materialny”, wyrażający się mnogością gazet, radyj i stacji telewizyjnych o bardzo różnej orientacji, zasięgu i liczbie odbiorców; to realny dostęp przedstawicieli różnych opcji do mediów publicznych; to antykoncentracyjne prawo, uniemożliwiające skupianie zbyt wielu mediów prywatnych w jednym ręku; to wreszcie rzetelne dziennikarstwo, którego kardynalne spośród naczelnych zasad są bodaj trzy: informować o wszystkim (brak tematów tabu), oddzielać wiadomości od komentarza, udzielać głosu drugiej stronie.
      Przeciwieństwem, zaprzeczeniem i rewersem wolności słowa jest cenzura. Jak celnie ujął to przed laty Ernest Skalski: Nieszczęście z cenzurą nie polega na tym, że dziennikarze czegoś nie napiszą, nie powiedzą i nie pokażą, lecz na tym, że obywatele czegoś nie przeczytają, nie usłyszą i nie zobaczą. Dodajmy, iż cenzorskie zabiegi zawsze mają pozostać tajne (być może cenzorzy „wewętrznie” wstydzą się tego, co robią, ale „zewnętrzny” czytelnik ma święcie wierzyć, iż dane medium jest bez skazy).
      Cenzura przejawia się w niedopuszczaniu do głosu pewnych ludzi lub w zakazie publikowania pewnych treści. O tym, jacy są to ludzie lub/i jakie treści – w PRL decydowała totalitarna centralna władza państwowa, co czarno na białym pokazał światu sławny Tomasz Strzyżewski, wywożąc z Polski do Szwecji w 1977 roku osławioną „Czarną Księgę Cenzury”. W niepodległej i demokratycznej III Rzeczpospolitej – o cenzurowanych ludziach i treściach decydują w różny sposób różne władze różnych mediów (mamy pluralizm).
      Właśnie! Wydawałoby się, że w wolnym kraju cenzura jest nawet technicznie niemożliwa, ponieważ nie istnieje centralne zarządzanie mediami. Owszem, mniej więcej tak było, lecz tylko do czasu cywilizacyjnej rewolucji zwanej internetem, dokładniej zaś – do powstania redakcyjnych forów i blogów (zupełnie nowa jakość komunikacji społecznej!), na których swoje złote myśli, najbardziej nawet bzdurne, ma prawo ogłosić każdy, kto stosuje się do netykiety i do portalowego regulaminu. Tak zapewniają redakcje.
      Ale to nieprawda. Z moich bogatych obserwacji i doświadczeń wynika, że fora i blogi bywają cenzurowane jak za starych dobrych komuszych czasów. Z jedną różnicą: za PRL cenzorami byli specjalnie przeszkoleni urzędnicy, a dziś są nimi sami dziennikarze. Nie znam czynności bardziej hańbiącej dziennikarza niż cenzurowanie.
      O tym, że cenzurowane są przynajmniej niektóre fora „Gazety Wyborczej” – wiedziałem od dawna. Jednak to samo kłamstwo w ustach, za przeproszeniem, Jerzego Urbana, jakoś mniej razi niż w ustach papieża Urbana. Dlatego ze smutkiem zawiadamiam P.T. Czytelników, że swoje blogi – wbrew netykiecie i własnemu regulaminowi – cenzuruje również pismo uchodzące niegdyś za ostoję dziennikarskiej rzetelności i umiarkowania, czyli „Rzeczpospolita”. Na dodatek jej redaktorzy robią to tchórzliwie – ponieważ tajnie i anonimowo (nawet w PRL tak nie było)…
      Zrobiłem co w mojej mocy, by te cenzorskie zabiegi ukrócić. Zebrałem obszerną faktografię i parę razy przesyłałem ją kierownikom właściwych działów oraz samemu nadredaktorowi z prośbą o interwencję, ale bez żadnego skutku. To przykre. 
      To już nie jest to dziennikarstwo, w którym stawiałem pierwsze kroki prawie czterdzieści lat temu. Z goryczą przypominam sobie fragment listu, który dostałem w 1992 roku od wielkiego pana Herberta: …umocnił mnie Pan w przekonaniu, że wciąż niestety człowiek odpowiada  nie tylko za własne słowa i uczynki, lecz również musi wyważać, w jakim miejscu [podkr. SR] jego opinie zostały wypowiedziane

      Kiedyś (rzadko) zabierałem głos na łamach „Rzeczpospolitej”. Teraz już nie będę próbował.

Stanisław Remuszko

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *