Amber Gold VI

To, co dzieje się wokół Amber Gold, budzi mój rosnący obywatelski niepokój.  Przyglądałem się sprawie w pięciu odcinkach swojego bloga (kto ciekaw – niech wróci do tych wpisów) i dziś wątpliwości mam nawet większe niż na początku.
Przypomnijmy, po pierwsze, że stworzona w lipcu 2009 roku gdańska spółka przez trzy lata działała jak w zegarku, nie tylko wypłacając dziesiątkom tysięcy klientów umówione kwoty w terminie i co do grosza, lecz także – uwaga – z taką samą skrupulatnością regulując swe należności kredytowe w bankach! Wprost wierzyć się nie chce, ale w ciągu 36 miesięcy nie było ani jednej jedynej skargi na niedotrzymywanie przez Amber Gold jej zobowiązań.
Po drugie, zainteresowanie spółką – ze strony mediów, organów i służb – pojawiło się znamiennie (raptem i znienacka) oraz dopiero w lipcu 2012. Znów wierzyć się nie chce, ale wszystkie te spektakularne wydarzenia, których starczyłoby już na kilka sensacyjnych książek i filmów, nastąpiły w ciągu ostatnich zaledwie dwóch miesięcy.
Po trzecie, każdy biznes na świecie musi paść, gdy nagle utraci tzw. płynność finansową. Ale to nie Amber Gold padł, tylko „jego padnięto”. Bodaj jeszcze w połowie sierpnia firma dysponowała swobodnie swoimi kontami w kilku polskich bankach – do chwili, gdy Komisja Nadzoru Finansowego, jawnie i bez żenady, złożyła tym bankom klasyczną propozycję nie do odrzucenia: jeśli natychmiast nie zablokujecie kont AG, będziecie mieli kłopoty ze zdrowiem… Rozpaczliwa próba otwarcia przez pana Marcina Plichtę jakiegoś konta w Berlinie została też zablokowana – i było po ptokach. Nareszcie dało się pokazać w telewizorze starcze dłonie bezradnie szarpiące zamknięte drzwi z napisem „Amber Gold” i opatrzyć ten widok triumfalnym komentarzem: „Ostrzegaliśmy”…
Po czwarte, im więcej wart okazuje się majątek spółki, tym większe okazują się – natychmiast i automatycznie – pretensje do niego zgłaszane. Sprawdziłem w swoim archiwum (scripta manent, niestety), i wychodzi, że gdy agenci ABW skonfiskowali złoto wartości 60 milionów, eksperci (oczywiście anonimowi) zaraz oszacowali roszczenia na 110 milionów. Gdy zaś syndyk oficjalnie oznajmił, że wartość zajętego przezeń majątku AG wzrosła do bodaj 120 milionów, poszkodowani niezwłocznie „wycenili się” na milionów 300. Jak jest naprawdę – nie wiadomo, ale przypuszczam, że tej licytacji ciąg dalszy nastąpi.
Po piąte, wciąż nie wiemy najważniejszego: jakie są konkretne zarzuty pod adresem właściciela Amber Gold (postępowanie prokuratury jest tajne). Nie wiemy, o co został oskarżony  detalicznie i rzeczowo, czyli jaki był szczegółowy mechanizm rzekomego* oszustwa. Nie wiemy, dlaczego Marcin Plichta został aresztowany (uzasadnienie postanowienia sądu jest tajne). Czy Marcinowi Plichcie zarzuca się szpiegostwo i zdradę stanu, czy przestępstwo pospolite? Dlaczego prokuratura nie obawia się matactw ze strony pozostającej na wolności pani Katarzyny Plichty – małżonki właściciela AG? Może chociaż ktoś wie, jak nazywa się sędzia gdańskiego Sądu Okręgowego, która odmówiła przyklepania aresztu zarządzonego przez sąd pierwszej instancji i zgłosiła zdanie odrębne? Czy to zdanie odrębne też jest tajne?
Nie bez kozery wspomniałem na początku o niepokoju OBYWATELSKIM. Mam na myśli fundamenty mojego państwa: prawo, wolność osobistą, wolność gospodarowania, także wolność słowa, w tym jawność procedur sądowych i dostęp do informacji publicznej. Zastanawiam się, czemu raptem zamilkło wielu sławnych tzw. dziennikarzy śledczych…
Uważam, że w sprawie Amber Gold jest coraz więcej coraz poważniejszych znaków zapytania. Rozwiać te wątpliwości powinna przede wszystkim prokuratura, bowiem to na jej wniosek żywy człowiek trafił za kratki, i to prokuratura będzie musiała przed niezawisłym sądem w jawnym (mam nadzieję) procesie obronić swoje tezy. Odnoszę przykre wrażenie, że prokuratura na razie tych tez nie ma, że ich dopiero szuka…   
Stanisław Remuszko
————–
* nadal podtrzymuję to, co napisałem już w pierwszym odcinku tego serialu: całkiem możliwe, że pan Plichta jest O’K pod względem prawnym, tylko wymyślił nowy sposob zarabiania pieniędzy. Być może jestem także ostatnim naiwnym, ale właśnie odnalazłem w internecie namiary na pana mecenasa Łukasza Daszutę, i jutro podsunę mu, aby zaproponował swemu klientowi, by ten kategorycznie poprosił media, iżby nie pisały o nim: „Marcin P.”, tylko podawały pełne imię i nazwisko…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.