Bajka o NFZ

Czy dziennikarz powinien rozpaczać po utracie weny?
Wena, to po łacinie żyła. Popsuta żyła, to żylak. Żylak od pewnego stadium boli jak cholera, wręcz uniemożliwia chodzenie, i wtedy jedynym ratunkiem jest jego usunięcie. Tego nie robi się w gabinecie kosmetycznym ani w rejonowym ambulatorium, tylko na sali operacyjnej, w znieczuleniu podpajęczynówkowym (wpisz w gugle). Trzech chirurgów i dwóch ultrasonografistów niezależnie od siebie orzekło w ramach diagnozy, iż z lewej nogi trzeba mi amputować łacińską parwę, czyli polską żyłę odstrzałkową, która biegnie od podkolania po pęcinę. Pozostało znaleźć salę, czyli szpital.
W znakomitym (tak uważam) serialu „Daleko od noszy” głównym bohaterem jest szpital oraz relacje między personelem a pacjentami. Wikipedia słusznie podaje, iż wielką popularność wśrod telewidzów nad Wisłą serial zdobył nie tylko ze względu na doborowo-popisowe aktorstwo, lecz również – a może przede wszystkim – z uwagi na genialne sparafrazowanie naszych szpitalnych realiów. „Nie choruj, omijaj szpitale!” – zniechęcała znana serialowa piosenka, która coraz głośniej sama śpiewała mi się w głowie, gdy kwerendowo odwiedzałem kolejne warszawskie lecznice. Szpitale-molochy. Szpitale-fabryki. Medyczne koszary z czasów PRL. Wieloosobowe sale ze wspólną łazienką na korytarzu, odarte z wszelkiej intymności i prywatności, przesycone charakterystyczną mieszanką zapachów lizolu, lekarstw, chorych i garkuchni. O, po moim trupie… – myślałem ponuro, szykując się do naruszenia ostatnich życiowych oszczędności (6000 zł), za którą to marną kwotę elegancki siedmiogwiazdkowy prywatny szpitalik-hotelik Lux-Med (a może Enel-Med?) na skraju mojego Ursynowa życzliwie ofiarował się spacyfikować chorą żyłę komfortowo, laserowo i natychmiast. Ale w ostatniej chwili pani doktor rodzinna (inaczej: lekarz pierwszego kontaktu) spytała: – A był pan w NFZ na Kajakowej? Nie byłem, więc wsiadłem na rower i pojechałem.
W rejestracji okazałem dowód osobisty i legitymację rencisty, a rejestracja zaproponowała wizytę u chirurga nie za miesiąc czy kwartał, lecz za pół godziny albo popojutrze (jak Boga kocham). Chirurg obejrzał mnie i moje papiery (czarno-białe, nie żółte, przysięgam) i zaproponował rozmowę z anestezjologiem nazajutrz, a zabieg/operację za tydzień. W wyznaczonym dniu o ósmej rano okazało się, że w tym szpitalu de facto nie istnieje izba przyjęć (!!!), formalności w recepcji na parterze zajęły sześć minut, i zaraz podłączyli mnie do kroplówki w położonej na pierwszym piętrze Sali Balowej (a może Zielonkawej?), nazywanej przez pielęgniarki Przedoperacyjną. Po półgodzinnym wylegiwaniu się tam, zostałem przewieziony w łóżku niczym basza do wyposażonej aparaturowo-komputerowo jak na amerykańskich filmach Sali Beżowej, gdzie młody szaman, który przedstawił się jako anestezjolog, zastrzykiem w plecy (wierzę na słowo, bo żadnego ukłucia nie poczułem) znieczulił dolną połowę mego stukilowego jestestwa tak przemyślnie, że przeznaczona do operacji noga lewa przestała istnieć bardziej niż noga prawa (sic!). A gdy jakiś czas później, leżąc wygodnie na brzuchu, spytałem siostry anestezjolożki, kiedy przyjdzie chirurg – odparła, iż on już jest i od paru minut właśnie TO robi. TO, łącznie ze zszywaniem i opatrywaniem, zajęło następny kwadrans. W sumie od zjawienia się w szpitalu minęły niespełna dwie godziny, i przetoczono mnie z powrotem do Sali Zielonkawej (tym razem zwanej Pooperacyjną), gdzie powoli wracała mi władza w nogach (nie czucie, to są dwie różne sprawy). Gdy te kłody drewna mogłem już zginać w kolanie, troskliwe anielice przetransportowały mnie do jednoosobowej Sali Białej, która wyglądała jak pokój z łazienką w Mariotcie za tysiąc złotych doba (raz nocowałem, więc wiem). Siostry sumitowały się, że nie mogą zagwarantować towarzystwa innego pacjenta: – …akurat wszystkie sale dwuosobowe są już niestety zajęte. Mimo to trzymałem się dzielnie i zemdlałem dopiero wtedy, gdy siostra Beata, z wyczuwalnym obruszeniem w głosie, rzekła: – Ależ proszę pana, za co pan dziękuje, przecież to my jesteśmy dla pana, nie pan dla nas…
Z reszty bajki pamiętam tylko, że obudziła mnie Kasia i pojechaliśmy do domu. Zegar pokazywał szóstą wieczór.
Stanisław Remuszko
Dla ateistów: www.zozursynow.pl

[Postscriptum 18 grudnia 2012] Pacjent nie lekarz, więc merytoryczne umiejętności medyków potrafi oceniać TYLKO po skutkach. Melduję zatem posłusznie, że dziś, ponad dwa miesiące od zabiegu/operacji, moja lewa kończyna nie puchnie (wyszczuplała), nie boli, działa jak nowa, wszystko zarosło, znikło i w ogóle jakoś tak odmłodniało. Na podstawie tych widocznych i już trwałych (!) efektów, mogę wreszcie z przekonaniem wymienić P.T. Sprawców tej nożnej sanacji. W kolejności byli nimi: moja pani doktor rodzinna Joanna Badowska-Folta, panowie anestezjolodzy Wojciech Smykiewicz i Paweł Krzęczko, pan chirurg główny Maciej Firlej, a także dwaj konsultanci, pan profesor Zdzisław Daciewicz i pan profesor Waldemar Machała. Wszystkim im kłaniam się nisko z wielką wdzięcznością i życzę pogodnych świąt Bożego Narodzenia oraz samych dobrych zdarzeń w Nowym 2013 Roku : -)))

Podpisy pod zdjęcia (od lewej do prawej): Sala Beżowa, Sala Biała, Sala Zielonkawa…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.