Himalaiści (dla tych, którzy pierwszy raz…)

Najwyższe ziemskie góry zabrały kolejną ofiarę. Na stokach Gasherbruma Pierwszego (8068 m) zginął pięćdziesięciojednoletni Artur Hajzer – jeden z najwybitniejszych polskich himalaistów w historii. Z woli rodziny, zostanie pochowany na miejscu, w lodowej szczelinie…
Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, JAK BARDZO himalaizm różni się od wszelkiej innej wyczynowej aktywności człowieka. Chodzi przede wszystkim o warunki fizyczne, w których himalaiści działają. Nigdzie indziej na Ziemi nie ma warunków tak skrajnych. Poniekąd “nie ma” ich nawet w kosmosie, bo choć tam mrozy, próżnie i ciemności są znacznie większe, to jednak astronautów cały czas szczelnie chroni przed nimi przytulna ziemska atmosfera kabiny. Natomiast na stokach ośmiotysięczników wspinacza od “zewnętrza” oddziela tylko grubość butów, kurtek i rękawic.
Sprawą prymarną jest brak tlenu. Już w himalajskiej bazie (około 5000 m) ciśnienie powietrza jest o połowę mniejsze niż na poziomie morza, na himalajskich zaś szczytach wynosi zaledwie jedną trzecią ciśnienia gdańskiego czy warszawskiego. Można przeciwdziałać temu przez wielodniową aklimatyzację, ale powyżej umownych 7500 m zaczyna się tzw. strefa śmierci, w której najlepiej nawet zaaklimatyzowany wspinacz nie powinien przebywać dłużej niż dobę. Człowiek przeniesiony do tej strasznej strefy wprost z nizin umarłby w ciągu kilku minut.
Drugą podstawową trudność stwarzają temperatura i wiatr. Całkiem znośną wspinaczkową normą jest minus 20-30 stopni, wicher zaś – gdy już wieje – często osiąga prędkość ponad 100 km/h. Pan Andrzej Zawada – legenda polskiego himalaizmu i twórca światowego himalaizmu zimowego (ekstremum w extremum) – opowiadał mi kiedyś, że na własne oczy widział, jak huraganowy poryw oderwał od zbocza jednego z uczestników himalajskiej wyprawy i uniósł w powietrze. Gdyby nie był przypięty do liny poręczowej, odleciałby w czeluść jak piórko – mówił pan Zawada. – Obliczyliśmy potem, że kolega wraz z plecakiem ważył około 120 kilogramów, a więc wicher musiał dąć dobrze ponad 200 km/h…
W takich to okolicznościach przyrody trzeba jeszcze potwornie ciężko pracować. Żadną miarą nie lekceważę potu górników i hutników, lecz przy himalaistach mają oni dość lekkie ośmiogodzinne zajęcie, po którym mogą się umyć, przebrać, zjeść obiad i wyspać we własnym łóżku. Himalaiści harują jak woły tyle godzin na dobę, ile akurat trzeba, a do wanny i do łóżka wchodzą zazwyczaj dopiero po paru miesiącach. Przeciętny himalaista podczas przeciętnej wyprawy traci duże kilka kilogramów wagi.
Himalaiści zwykle mają stromo, ślisko i przepaściście, więc przez te miesiące niemal ciągle muszą uważać. Tym bardziej że – powiedzmy to jasno i wprost – podczas ataku szczytowego (wejście i zejście!) na pomoc często nie ma szans. Nawet amerykański prezydent pospołu z arabskim szejkiem nie sprawią, że zaoferowany służbowy helikopter US Army doleci wyżej niż na 6000 m, albo że wynajęta za miliony saudyjskich riali ekipa najlepszych w świecie ratowników dotrze gdzie trzeba i na czas. Owszem, poszkodowanemu (osłabłemu) może pomóc wspinaczkowy partner – ale nie zawsze, o czym dobrze wiedzą wszyscy uczestnicy himalajskiej wyprawy PRZED jej rozpoczęciem. To są zresztą sprawy dosłownie życia i śmierci, więc dylematy najtrudniejsze i najdelikatniejsze pod słońcem…
Himalaistów cechuje – prócz wyjątkowej kondycji fizycznej (nie samej siły!) – jeszcze bardziej wyjątkowa kondycja psychiczna, zwłaszcza odporność, wytrzymałość i wytrwałość. Być może dlatego najlepsi himalaiści są z reguły o kilkanaście lat starsi od najlepszych lekkoatletów (największe sukcesy odnoszą w wieku trzydziestu paru – czterdziestu paru lat).
Słowa “przypadek” nie ma w żadnej Świętej Księdze żadnej z Wielkich Wiar. Tymczasem dramaty himalajskie zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać głównie przez przypadek. Pech. Los. Traf. A najczęściej ich zbieg. Nie wiemy i nigdy nie dowiemy się, czy Artur Hajzer potknął się (pośliznął, źle chwycił, coś zawiodło itp.). Ale jesteśmy pewni, że chciał bezpiecznie wrócić do domu razem ze swym partnerem Marcinem Kaczkanem z mazurskiej Nidzicy*. Tak jak chciał wrócić do domu Tadeusz Piotrowski ze swym partnerem Jerzym Kukuczką, lecz nagle pod K-2 wypiął mu się rak. Tak jak chciał wrócić do domu Jerzy Kukuczka ze swym partnerem Ryszardem Pawłowskim, lecz niespodzianie pękła mu lina tuż pod szczytową granią Lhotse. Tak jak chcieli i chcą wrócić do domu wszyscy najdziwniejsi, najtwardsi ludzie świata. Himalaiści.
Stanisław Remuszko
——————-
*moim i Kasi klubowym kolegą z KW Warszawa
Polecam znamienną okazjonalną lekturę: http://wspinanie.pl/serwis/200802/11lawina.php, i zawiadamiam, że w środę 17 lipca 0 18:30 w Warszawie w kościele przy Łazienkowskiej (naprzeciw Legii, blisko Torwaru) zostanie odprawiona msza święta w intencji Artura Hajzera…

P.S. W pierwszej powojennej pięciolatce (1946-1951) przyszło na świata pokolenie naszych himalajskich kolumbów i magellanów: Majer 1946, Kurtyka 1947, Czok i Kukuczka 1948, Ania Czerwińska 1949, Pawłowski i Wielicki 1950, Pawlikowski i Pustelnik 1951… Hajzer był młodszy (1962) a Heinrich starszy (1937), podobnie jak Wanda Rutkiewicz (1943).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.