JOW

Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej liczy 15 lat. To wystarczająco długi okres, by móc ocenić jej funkcjonowanie i zaproponować ewentualne zmiany niektórych przepisów. Oto moje pierwsze konstytucyjne trzy grosze (będzie więcej).
Na początek jednak – kawałek historii najnowszej. Równiutko 35 lat temu – w sierpniu 1988 roku – rozpocząłem zbieranie podpisów różnych ważnych osobistości pod oświadczeniem treści następującej: Ja, niżej podpisany(a), uważam, że w wyborach do Sejmu powinien móc kandydować każdy obywatel, który wcześniej uzyska wymierne poparcie elektoratu – na przykład podpisy jednego procenta osób uprawnionych do głosowania w danym okręgu wyborczym. Oryginał tego dokumentu*, podcyfrowanego własnoręcznie przez stu ówczesnych świecznikowych luminarzy nauki, sztuki, mediów i kultury oraz natychmiast nagłośnionego przez wraże zagraniczne radiostacje, spoczywa zapewne w archiwach Rzecznika Praw Obywatelskich (na jego ręce został złożony), a przypominam o tym mało znanym wydarzeniu dlatego, że istota pomysłu wydaje mi się nadal aktualna.
Wtedy, w PRL, chodziło o to, by kandydować na posła mógł każdy obywatel – a nie tylko ten, który wcześniej otrzymał namaszczenie osławionej fikcji politycznej, zwanej Frontem Jedności Narodu. Otóż dobrze by było, aby dziś, w wolnej  demokratycznej Polsce roku 2013 (i później), posłem mógł zostać każdy, kto uzyska dla siebie odpowiednio duże poparcie obywateli – a nie tylko ten, który wcześniej dostał błogosławieństwo jednego z wielkich lub dużych politycznych ugrupowań.
Innymi słowy, chodzi o JOW, czyli o Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Chodzi o zmianę ordynacji wyborczej z proporcjonalnej na większościową, czyli o praktyczną zmianę ustroju państwa: z upartyjnionego na obywatelski. Chodzi o sprawę, moim zdaniem, konstytucyjnie prymarną, najdonioślejszą.
Mało kto wie, notabene, że taka ordynacja już w Polsce działa – tyle że w gminach liczących do 20 000 mieszkańców, czyli tam, gdzie ludzie od lat się znają i wiedzą, kto co sobą reprezentuje. Tam sąsiad z jednej wsi/miasteczka głosuje na kogoś konkretnego, o kim sporo wie, kogo wielokrotnie widział i słyszał, do kogo ma sprawdzone zaufanie. Natomiast w gminach powyżej 20 000 mieszkańców musimy głosować NA LISTĘ. Listę ludzi w większości nieznanych, anonimowych. Nazwiska na tej liście, a zwłaszcza kluczową „kolejność” tych nazwisk, suwerennie i dyskrecjonalnie ustala polityczne kierownictwo (zwane dawniej aktywem lub egzekutywą). Owszem, wyborcy mogą – i to bez pytania kogokolwiek o zgodę! – wybrać sobie samo ugrupowanie, lecz dalej muszą już wskazać danie z gotowego wydrukowanego partyjnego menu. Potrawa prywatna, według własnego obywatelskiego gustu i upodobań, nie wchodzi w rachubę.
Na czym polega ordynacja większościowa? Z grubsza na tym, co kryje się w skrócie JOW: kraj jest podzielony na tyle okręgów, ile jest miejsc w Sejmie (dziś – 460), a w każdym okręgu można zdobyć tylko jeden mandat. Wygrywa ten, kto uzyska ponad połowę ważnych głosów, a jeśli połowy nie zdobędzie nikt, to następuje dogrywka  między dwoma pierwszymi kandydatami. Tak jak przy elekcji prezydenta Polski. Kwestie rejestracji kandydatów, kwestie terminów wyborczych, kwestie partyjnego poparcia dla poszczególnych osób – to kwestie techniczne. 
Na temat wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy (i na odwrót) napisano całą bibliotekę. Dla mnie argumentem gruntownie rozstrzygającym jest ordynacja wyborcza w G-7, czyli w siedmiu najbardziej rozwiniętych krajach świata z najstarszą demokracją: Ameryce, Anglii, Francji, Japonii, Kanadzie, Niemczech i Włoszech. Wszystkie te państwa mają ordynację większościową (choć Niemcy chyba mieszaną). Dlaczego? Moim zdaniem na zasadzie naturalnej ewolucji systemów społecznych. Dziejowo zwycięża wolna wola i rozum wolnych rozumnych ludzi, tak jak gospodarka wolnorynkowa i wolne słowo wygrały z gospodarką nakazowo-rozdzielczą i cenzurą.
Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość miały już na swych przedwyborczych sztandarach hasło „JOW”, zresztą chyba nie raz i nie dwa razy. Ale po wyborach jakoś nic z tego nie wychodziło. To skądinąd po ludzku zrozumiałe: nikt nie piłuje gałęzi, na której siedzi. A Polska, proszę panów polityków i pań polityczek? A Polska, sir? A Polska? 
Stanisław Remuszko
——————–
*historyczne szczegóły są na stronach 189-190 trzeciego wydania książki „Gazeta Wyborcza. Początki i okolice”. Natomiast podpis pod bieżącym postulatem wprowadzenia JOW można w każdej chwili złożyć pod adresem: http://www.remuszko.pl/jow/

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.