Niedźwiedź

Od kilku godzin coś ryczało, stękało, chrapało i mlaskało wokół namiotu, w którym przed śniegową nawałnicą schronił się na spoczynek syn polskich emigrantów, stary wytrawny traper Walker. Wśród poszukiwaczy złota i przygód znany był jako Szwendała, przyjaciele zaś pieszczotliwie nazywali go Wędrowniczkiem. „Diabli tak tańcują, czy wicher i burza?” – zastanawiał się traper zakopany po nos w puchowym śpiworze, ani na moment nie zdejmując żylastej dłoni z wysłużonego colsera (colta-lasera) kaliber 55 nm*. W końcu udało mu się zdrzemnąć.
Gdy o świcie hałasy ucichły, Walker ocknął się i, wdziawszy puchowy skafander, wyszedł przed namiot. „Teraz rozumiem…” – mruknął pod wąsem, widząc w promieniach wschodzącego właśnie słońca rozbebeszone pakunki i przewrócone do góry płozami odrzutowe sanie, obok zaś ogromne tropy białego niedźwiedzia, a każdy wielki jak półmisek szwedzki na sześć osób. „Coś mi się zdaje, że dziś na obiad będą pieczone niedźwiedzie łapy” – zachichotał.
Łyknąwszy z termosu płynu rozgrzewającego i posiliwszy się kęsem wędzonej foczyny, Walker przypiął śnieżne rakiety i ruszył w pogoń. Niedźwiedzie tropy ciągnęły się sznureczkiem cały kilometr na południe, by potem niespodzianie skręcić na zachód. „Into The West” – jął Walker nucić ulubiona piosenkę, ale kilometr dalej dostrzegł, że niedźwiedź znów zmienił kierunek, tym razem podążając wprost na północ. Tropy wyglądały na bardzo świeże; gdyby nie śnieg, można by rzec, że są gorące…
„Nie umkniesz mi, bestyjo!” – powiedział sobie w duchu myśliwy, wyciągnął zza pazuchy broń i puścił się żwawym truchtem. Kilometr dale ujrzał straszny widok: namiot, opuszczony przed niespełna godziną, leżał zwalony, a na saniach, podścieliwszy sobie najlepszą karimatą, siedział ścigany zwierz, pociągając łyk za łykiem z parującego termosu, spluwając siarczyście i zakąszając resztkami foczyny.
– Mój namiot puchowy, mój napitek rozgrzewający, moja foczyna ulubiona! – wrzasnął Walker i wymierzył do niedźwiedzia z colsera.
Biały potwór stanął na dwóch łapach, wyprostował się i… zdjął głowę. Na trapera czujnie patrzyły niebieskie, lekko teraz zamglone oczy Bartusia Obrochty z dalekiej Polski, który w niedźwiedzim przebraniu od lat fotografował się z turystami na Krupówkach. Walker w młodości zaprzyjaźnił się z tym zakopiańczykiem, a obaj bardzo lubili płatać sobie figle.
– Wszystkiego najlepszego w dniu imienin, stary druhu – rzekł Bartuś niewinnie. – To był żart w twoim stylu, więc nie gniewasz się, Wędrowniczku, prawda?
Obaj wybuchnęli śmiechem, zrobili niedźwiedzia (!) i serdecznie ucałowali się z dubeltówki.
Jak miał na imię Walker?
Czytelnikom zaręczam, że odpowiedź na to pytanie, wbrew pozorom, jest ścisła i daje się bardzo logicznie uzasadnić. Pierwsze osobie, która prawidłowo poda w mejlu imię Walkera, wyślę tabliczkę luksusowej wedlowskiej czekolady z całymi orzechami.

Stanisław Remuszko

P.S. Kaliber broni laserowej podaje się w długości fal elektromagnetycznych, którymi broń strzela. 55 nm (nanometrów) oznacza, że Walker posługiwał się colserem na twarde promieniowanie rentgenowskie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.