Fanatyzm

Oczywiście nie zmieniłem tu ani kropki.
Tekst pani Anny Kozickiej-Kołaczkowskiej zamieszczony 1 sierpnia 2014 na pierwszej stronie dziennika „Rzeczpospolita” przedrukowuję jako twardy dowód, że postawy, które siedemdziesiąt lat temu doprowadziły do bodaj największej tragedii w dziejach Polski (mam na myśli niewyobrażalne cierpienia i skoncentrowaną śmierć ponad dwustu tysięcy ludzi, w jednej dziesiątej żołnierzy, w dziewięciu dziesiątych niewinnych bezbronnych cywili: dzieci, młodzieży, dorosłych i starców) – bywają żywe i aktualne także dziś, w kompletnie innej sytuacji historycznej, militarnej, politycznej czy gospodarczej, przy nieporównanie większej źródłowej wiedzy o tych strasznych 63 dniach i ich tle. Co więcej, są rozpowszechniane przez czołowe media jako wzór do naśladowania.
Dlaczego uważam Powstanie Warszawskie za tragedię chyba największą w naszych dziejach? Dlatego, że – w odróżnieniu od I czy II wojny światowej, na której wybuch i przebieg nie mieliśmy przemożnego wpływu – efektywną decyzję o Powstaniu podjęła grupa kilku-kilkunastu ludzi; to zaś jasno wskazuje, że inna grupa mogłaby tej decyzji nie podjąć. Po drugie, ofiar Powstania mogłoby być znacznie mniej (nie ośmielę się rzec ile, ale zauważę, że połowa, to 100 000 ludzkich istnień), gdyby rozmowy o kapitulacji podjęto znacznie wcześniej. Nie uważam śmierci za ojczyznę za wartość wyższą od życia dla niej. Zwłaszcza w odniesieniu do ludzi młodych. 
Jan Paweł II oraz wielu przed nim i po nim sądziło, że adekwatność historycznych ocen zależy od historycznego kontekstu. W takim właśnie ujęciu,  główne argumenty obu stron sporu są podane na przykład pod linkiem:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Powstanie_warszawskie#Spory_wok.C3.B3.C5.82_oceny_powstania; zresztą fachowa literatura dostępna w internecie i bibliotekach papierowych wydaje się przekraczać możliwości poznawcze jednego człowieka.
O Powstaniu Warszawskim rozmawiałem z dosłownie dziesiątkami Powstańców. Nagrałem i opisałem te rozmowy. Co do ratio, całkowicie podzielam opinię o bezsensowności i karygodności decyzji o jego rozpoczęciu (gen. Anders używał słowa „zbrodnia”). Zwracam jednak uwagę, iż w duszach i umysłach dziesiątków, jeśli nie setek tysięcy warszawiaków rozum zderzył się z innymi, często ważniejszymi dla nich wartościami, by wspomnieć Boga, honor, ojczyznę i tradycję. Przynajmniej tak było przed Powstaniem i na początku Powstania.
Rzecz jasna, w niczym to nie zmniejsza mego ogromnego uznania, podziwu i respektu dla bohaterstwa indywidualnych Powstańców. Ale te uczucia są przynajmniej równoważone krytyczną oceną militarnych i politycznych zbiorowych powstańczych szans – moim zdaniem identycznych na miesiąc, na tydzień i na dzień przed wydaniem rozkazu o godzinie „W”. Takich szans od początku nie było ani trochę. Zero czyli nul. Jak zauważył walczący na Mokotowie (dostał za to VM) porucznik AK pseudonim „Jastrzębiec”, z którego wnukiem (Chełm) mam zaszczyt się przyjaźnić, nieliczni politycy-stratedzy oraz naczelni dowódcy mają psi obowiązek myśleć NASAMPRZÓD (i niemal wyłącznie!) o sukcesie politycznym i militarnym, a dopiero POTEM mogą brać do rachuby wartości i świętości patriotyczne.
Na koniec: jako Polaka i jako obywatela trochę mnie martwi, że celebruje się i gloryfikuje się Powstanie Warszawskie tym silniej i głośniej, im więcej lat mija od jego wybuchu. Czy nie powinno być raczej odwrotnie? W wolnej Polsce uroczystości w pięćdziesiątą rocznicę były dwakroć skromniejsze niż w sześćdziesiątą, te ostatnie zaś dwakroć skromniejsze od tegorocznych. Sondaże społeczne (ostatnio CBOS) wskazują, że z upływem dziesięcioleci rośnie odsetek pozytywnych ocen Powstania – ale nie jako wytęsknionego spontanicznego wolnościowego zrywu rodaków (to byłoby poniekąd naturalne), lecz jako świadomej przemyślanej zbrojnej akcji politycznej. Rozum, jak w 1944, zdaje się przegrywać z emocjami.
Życzę uważnej lektury:

Po tę koronę

Powstanie Warszawskie przy wsparciu dyplomatycznym i lojalności Anglii i Ameryki NIE MIAŁO PRAWA PRZEGRAĆ!
Muniek Stascyk zainaugurował Wguanoskok i wcale mu nie przeszkadzało, że kiedy nazajutrz syreny obwieszczą Godzinę W, to Wguanoskoki, zamiast oddychać warszawską „spaliną”, nie będą miały już jasności nawet co do tego, czy robi się im kultowy oprysk gnojówką ze strażackiej centryfugi, czyli też niniejszym spływa na nich oświecenie z ust Środy, czy księdza Lemańskiego. Lubo, czy firma Jurek, Kupa Złotych Melonów i Mrówka robi sobie jaja z Powstania, obwieszczając minutę ciszy.
Nie tylko zresztą firma Jurek, Kupa Złotych Melonów i Mrówka poważnie potraktowała datę Wguanoskoku na kościerzyńskich błoniach. Złowieszcza Godzina W od miesiąca stawiała na nogi cały resort.
-„Jakie wartości wychowawcze ma totalna klęska? Jakie ma pozytywne działanie przez wiele wieków? Chyba to, że już nigdy kretyni nie będą wiedli dzieciaków na barykady!” – na taki, murzyński lid naciągnął internetowy portal sędziwego AK-owca Stanisława Likiernika już pod koniec czerwca. Jakże nie jęknąć boleśnie pod razem wymierzonym taką ręką. Ciosy z najmniej spodziewanej strony zdarzają się coraz częściej. A jednak…nie.
Nic nie boli, kilo soli, ponieważ są to głosy najmłodszych powstańców, którzy nie znali kulis. Dzisiaj, po 70 latach, wzorcem takiej zmyłki wydaje się kariera maturzysty Bartoszewskiego jako naczelnego zbawcy Żydów polskich, wzrosłego do rozmiarów giganta we własnych opowieściach zwanych wykładami, ponieważ twórczyni i prawdziwa szefowa organizacji „Żegota” Zofia Kossak od lat nie żyje. A jeżeli Stanisław Likiernik śpiewa na jedną nutę z wrogami polskiej suwerenności, to nie może mieć racji.
Jego trzy cytowane zdania są demagogiczne i kłamliwe. Powstanie nie poniosło przecież totalnej klęski. Jakkolwiek okupione wielką ofiarą, było zwycięstwem wspaniałym i nieocenionym. Stalin i świat przestraszyli się dzięki niemu swojego dealu. Dzięki Powstaniu nie wiemy, co miało zostać z nas i tej ziemi w siedemnastej republice, a nasi dziadowie nie wylądowali w Donbasie, na budowach Biełomorkanału, albo w innym Magnitogorsku i my dotąd słabo gadamy po rusku. Jeszcze w latach 60-tych za prywatną uwagę o tym sukcesie Powstania Warszawskiego szło się do więzienia. Znaczy – było za co.
Każda zresztą, pozorna klęska polskich powstań była nauką i doświadczeniem. Każda zrodziła ogromny, emocjonalny obszar. Miłości do ojczyzny, polskiego mitu prometejskiego, legendy, bohaterstwa, wielkości, kultury. Wszystkiego, co usnęłoby snem potulnych, łużyckich Serbów z Budziszyna w niemieckim Bautzen. Poza tym, od kiedy nawet największe polskie zwycięstwo nie jest okazją do wyszydzania go, umniejszania, zapomnienia? Bo jeżeli odnosimy zwycięstwo, to mądrzejszym od nas też jest z tym źle.
Świetną prasę mają za to wartości wychowawcze firmy Jurek, Dużo Złotych Melonów i Mrówka, czyli uszlachetnianie młodzieży w takt strumienia gnojówki. Aż dziw, że są jeszcze na świecie patrioci w biało-czerwonych podkoszulkach, którzy w Godzinie W oddychają powietrzem Warszawy.
„Już nigdy kretyni nie będą wiedli dzieciaków na barykady!” – mówi ponoć Ak-owiec i ja, po prostu, w to nie wierzę. Nie pojmuję i tego, skąd u wiekowego człowieka bierze się pewność, że już nigdy nie spotka się on twarzą w twarz ze swoim dowódcą z powstania…
Znany mi z opowiadań zastępca dowódcy Kedywu okręgu lwowskiego, ukrywający się we Wrocławiu pod nazwiskiem Wróblewski – Bolesław Matys, nieraz podczas poufnych rozmów z przyjaciółmi ze Lwowa twierdził, że największym problemem w pracy z młodymi było zapanowanie nad ich chęcią do walki, zemsty, akcji odwetowych. Tylko Bolesław Matys miał w roku 1944 lat 38, a pan Likiernik lat 21. Bolesław Matys był dowódcą AK, nie żyje od ponad trzydziestu lat i nie zdążył wystąpić w telewizji, ani udzielić wywiadu nawet gazecie „Wieczór Wrocławia”.
Zmanipulowane głosy niektórych weteranów wpisują się w propagandę obcych sług i lizusów, w niezmienne, absurdalne obarczanie winą za hekatombę warszawską ofiar tajnej zmowy totalitaryzmów. Jak długo jeszcze fanatyczną, barbarzyńską likwidację miasta PO POWSTANIU można lansować jako winę Powstańców? Był to bandycki precedens, nie mający sobie równego w dziejach świata. Jak wielomiesięczne czekanie nad Wisłą Rosjan, aż Niemcy nasycą się mordem i zemstą na ludziach i kamieniach, komitywa wrogów ponad polskim trupem równie niepojęta i straszna, jak faktyczna akceptacja Ameryki dla tej podłości. Bez amerykańskiego jego złota na tuszonkę, szynele, czołgi i karabiny nie byłoby przecież niezwyciężonej armii radzieckiej! Żałosne zrzuty RAF – u dla Warszawy – pic, za który dziś mamy być wdzięczni, spadały na zamarzniętą Wisłę i rozpryskiwały się na oczach ginącego w pożodze i głodzie miasta oraz ruskich sołdatów na drugim brzegu.
Jakiego trzeba by proroka, by przewidzieć taki egzotyczny, nienormalny, cichy, zbójecki sojusz Anglosasów z Rosją i Niemcami wobec heroicznego wysiłku Polaków? Kto by wpadł na taką podłość? Porównać ją można tylko do wydania przez Holendrów na rzeź Chorwatów w Srebrenicy.
Powstanie Warszawskie powinno nazywać się „ZDRADA 1944″. Powstanie Warszawskie przy autentycznym wsparciu dyplomatycznym i lojalności Anglii i Ameryki NIE MIAŁO PRAWA PRZEGRAĆ! Nazwisko Roosevelta, którego rodacy uważają za wybitnego męża stanu, Polakom kojarzy się jako imię zdrajcy. Gdy jednocześnie kilkusettysięczna armia polskich ochotników oddawała krew na Zachodzie, również Luksemburg, Belgia, Holandia, Włochy, Francja – czyż nie powinny z elementarnej przyzwoitości wesprzeć nas choć dyplomatycznym słowem, naciskiem na Rosję?
Ich gra nie była na rozum zdrowo myślącego, młodego człowieka. Na rozum Polaka. Bo to świat rozumował nienormalnie, nielogicznie, niewyobrażalnie podle, w spółce z bandytami. Nie my. Dziś tę lekcję powinniśmy wciąż pamiętać i żądać rachunku. Może właśnie w obawie przed remanentem tancerze stalinowskich czastuszek na warszawskim grobie wolą wyżywać się na heroicznych ofiarach, byle nie mówić o winach katów.
Polski honor uszedł jednak cało i w chwale. Obdarzony proroczym widzeniem Juliusz Słowacki, którego Józef Piłsudski czcił jako największego, najbliższego sobie geniusza naszej literatury, napisał o Warszawie niejeden wspaniały wers. Wprawdzie w wierszu „Ofiarowanie” poeta mówi o bólu upokorzenia po upadku Powstania Listopadowego, ale Warszawa jest w nim ta sama, jak sto lat później w 1944. Jak dziś.
„U nóg Twych kładę, o żałośna wdowo
Polskiego ludu! O Matko w żałobie
Tych, co śpią w krwawym pochowani grobie,
I tych – co wierzą, że wstaniesz na nowo;
O! ty gotowa twą krew Chrystusową
Rzucić na twarze wątpiące i blade,
WARSZAWO! tę pieśń ci pod nogi kładę
I nóg skrwawionych twoich sięgam głową.
Bo ja nie wierzę, żebyś ty się zlękła
carskiego czoła i carskich rycerzy;
A gdy mówiono, żeś przed nim uklękła,
Tom był jak człowiek, gdy grom weń uderzy;
Potem schyliwszy czoło zamyślone
Rzekłem: żeś klękła ty po tę koronę,
Co spadła z głowy i u nóg ci leży”
(Florencja, dnia 18 listopada 1838 r.)
Warszawo, wciąż masz swoją koronę.
Anna Kozicka-Kołaczkowska
http://www.rp.pl/artykul/891373,1130479-Po-te-korone.html

I jeszcze, sprzed chwili (właśnie przeczytałem), opinia pana Stefana Kisielewskiego z 1946 roku, dla mnie za długa, lecz ciekawa i bardzo a propos: http://wyborcza.pl/magazyn/1,139949,16414518,Chcemy_Polski_zyjacej_na_ziemi.html

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.