Trzy kroki

Publiczna rozmowa o Smoleńsku jest trudna, ale możliwa.

Trudna dlatego, że społeczne emocje i podziały 7 lat po tragedii przypominają podziały i emocje w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu 36 lat temu stanu wojennego. Oczywiście mniejszy jest stopień i zakres zainteresowania: wtedy stan wojenny żywo obchodził praktycznie wszystkich Polaków, dziś natomiast o przyczyny katastrofy TU-154M spierają się znacznie węższe grupy obywateli.

Trudność rozmowy o Smoleńsku przejawia się naprzód w obraźliwym języku. Często w prywatnych dyskusjach jedni uważają drugich bez ogródek za !@#$%, drudzy zaś pierwszych za ^&*+). Owszem, przed mikrofonem i kamerą oraz w druku słyszymy już i czytamy tylko kulturalne wypowiedzi tych pierwszych o mordercach i zdrajcach, którym ci drudzy łagodnie przeciwstawiają tępych wyznawców smoleńskiej sekty. W sporze przy wielkanocnym śniadaniu mój rodzony brat wsparł się min. Macierewiczem, który – jak mówił brat – zaproponował rzeczowy telewizyjny dyskurs między naukowcami obu obozów, na co ponoć drinż. Lasek z miejsca napluł mu na buty – ale może to nieprawda?

Trzeci z ważniejszych kłopotów polega na rozpiętości wzajemnie wykluczających się wersji zdarzenia. Prawdziwi/fałszywi (niepotrzebne skreślić) patrioci uważają, że główną przyczyną katastrofy były wybuchy oraz Rosjanie-kontrolerzy, natomiast patrioci fałszywi/prawdziwi (niepotrzebne skreślić) główną winą za upadek samolotu o numerze bocznym 101 obciążają jego pilotów. Zdaje się, że przez nikogo niekwestionowana jest tylko liczba ofiar.

Mając na względzie narodową rangę problemu, czyli jego wpływ na nasze życie polityczne i duchowe, pozwalam sobie zaproponować taką rozmowę między byłą a obecną Państwową Komisją Badania Wypadków Lotniczych, aby postronni obserwatorzy mogli z wymiany zdań samodzielnie wyciągnąć wnioski.

Jak to konkretnie zrobić? Bardzo łatwo, tylko muszą tego chcieć obie strony.Z góry odpada telewizyjna debata typu gadające głowy. Dlatego, po pierwsze, że te głowy niemal natychmiast zaczynają się wzajemnie przekrzykiwać i zagłuszać. Dlatego, po drugie, że słuchacz nie ma czasu by zastanowić się nad podawanymi argumentami, bo już słyszy kontrargumenty, po nich kontrkontrargumenty itd. Często też  odpowiedź w ogóle nie odnosi się do zadanego pytania albo jest niemerytorycznym chwytliwym odszczeknięciem; polecam tu sławną  „Sztukę toczenia sporów” Schopenhauera, która w księgarni kosztuje dziś marne 10 złotych.

Rozwiązanie daje internet. Obie komisje powinny utworzyć specjalną stronę www/Dyskusja/pl. Adminem jednej połowy strony byłby zwolennik (niekoniecznie członek) jednej komisji, a adminem drugiej połowy – zwolennik  komisji drugiej. Pomocy mogliby udzielić dziennikarze. Strona byłaby na ogólnych zasadach dostępna na dla wszystkich zainteresowanych internautów. Strona nie miałaby charakteru urzędowego, tylko autorski i publicystyczny.

Przynajmniej na początku potrzebne są pewne formalne ograniczenia. Sugerowałbym, aby taka debata wystartowała od zamieszczenia zwięzłych generalnych „stanowisk w sprawie” – o objętości tekstu nie większej niż, na przykład, 5000 znaków. Zmusiłoby to autorów do wypunktowania i precyzyjnego ujęcia tylko kwestii absolutnie podstawowych. Następnie dyskutanci w podobnie krótkim tekście powinni wzajemnie odnieść się do tych wypowiedzi, czyli ocenić, z czym się zgadzają, a z czym nie. Trzecim krokiem mogłoby być zadanie „przeciwnikowi” kilku jednoznacznych pytań, które wydają się pytającemu najważniejsze. Wszystkiemu przyglądałyby się on-line rzesze obywateli…

Gdyby przy aprobacie komisji starej i nowej udało się uczynić takie trzy publiczne kroki, byłby to ogromny, wręcz gigantyczny postęp w relacjach polsko-polskich. Daj Boże!
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.