Grzegorz Prokopowicz

Fakty są takie.
Mam 71 lat, mieszkam samotnie na warszawskim Ursynowie, moje jedyne miesięczne stałe dochody to 800 zł emerytury i 400 zł dodatku kombatanckiego („za zasługi dla niepodległości 1956-1989”). Nie skarżę się.
Ponad rok temu Ośrodek Pomocy Społecznej (przy Cybisa) przyznał mi wsparcie w postaci jednorazowego gruntownego sprzątania domu. Zarekomendowany pan Grzegorz Prokopowicz, na oko pięćdziesięcioparolatek, wydał mi się człowiekiem wykształconym, inteligentnym i akuratnym: pracę wykonał na piątkę oraz życzliwie pomógł mi przy komputerze i telefonie (smartfon). Przelotna znajomość pozostała, i potem nawet parę razy zaproponowałem panu Grzegorzowi Prokopowiczowi mycie okien czy podłogi (za niewielkie pieniądze). Pan Grzegorz Prokopowicz wynajmuje pokój po sąsiedzku, przy Janowskiego, kilkaset metrów od mojego domu.
Miesiąc temu (początek marca 2019) całkiem nieoczekiwanie pożyczyłem panu Grzegorzowi Prokopowiczowi 400 zł. Zrobiłem to pod wpływem impulsu, nieproszony, sam z siebie, ze zwykłej ludzkiej empatii, wywołanej opowieścią przypadkowo spotkanego pana Grzegorza Prokopowicza, że zalega z czynszem i właściciel wynajmowanego przezeń mieszkania może go z niego w każdej chwili wyrzucić („na przykład dziś po południu”); wtedy trafi do jakichś koszmarnych (towarzystwo, higiena) warunków w publicznej nolegowni. Po prostu żal mi się zrobiło człowieka.
Przyjmując pieniądze, pan Grzegorz Prokopowicz obiecał, że je natychmiast zaniesie właścicielowi mieszkania, w którym wynajmuje pokój. Prócz tego obiecał, że 200 zł odda mi do 10 marca, resztę zaś do końca miesiąca. Zaręczał, że nie będzie miał z tym kłopotów, bo spodziewa się ze swojej etatowej pracy dostać może i 3000 zł miesięcznej wypłaty.
Nie zaglądałem panu Grzegorzowi Prokopowiczowi do kieszeni ani dokumentów. Wierzyłem mu na słowo. Z zasady wierzę ludziom na słowo. Owszem, jestem naiwny i łatwowierny, ale jakoś z tym żyję. Do tej pory nikt mnie nie oszukał.
Teraz proszę internautów o radę: co robić?
Mówiąc krótko: pan Grzegorz Prokopowicz zamilkł. Kilkakrotnie próbowałem kontaktu za pomocą telefonu, mejla i esemesa, ale bezskutecznie. Jak kamień w wodę. Pan Grzegorz Prokopowicz nie odpowiada i nie reaguje. Znikł.
Co gorsza, w połowie marca nagle zachorowałem na zakrzepicę żył głębokich lewej łydki. Nieprzewidziany wydatek na kurację, to około trzysta złotych. 300 zł + 400 zł = 700 zł. Przy braku rezerw/oszczędności, nagły siedmiusetzłotowy deficyt to bardzo dużo. Już widzę, że przed wypłatą emerytury (połowa kwietnia) będę musiał trochę pożyczyć na jedzenie.
Tak sobie myślę, że w jedynym usprawiedliwieniem totalnego milczenia pana Grzegorza Prokopowicza może być nagła utrata przytomności i pozostawanie w szpitalu w stanie śpiączki. Spróbuję to sprawdzić w warszawskich szpitalach.
Jeśli wynik tej kwerendy będzie negatywny, za parę dni w miejsce liter „XY” wpiszę imię i nazwisko. Mam też chyba zdjęcie pana Grzegorza Prokopowicza myjącego moje okno.
Będę wdzięczny za dobre rady. Mój adres pocztowy: Dunikowskiego 8/44, 02-784 Warszawa. Adres internetowy: remuszko @ gmail.com Telefony: +22 641-7190, 504-830-131

Postscriptum: nie natrafiłem na żaden ślad istnienia/nieistnienia pana Grzegorza Prokopowicza (co do nekrologów, przejrzałem tylko „Gazetę Wyborczą”). Niestety, od wczoraj odczuwam również medyczne skutki tego „zniknięcia”. Wczoraj mianowicie powinienem rozpocząć drugą fazę leczenia nagłej „zakrzepicy żył głębokich lewej łydki”, ale nie mogę wykupić sobie przepisanego leku Xarelto 20 mg, którego 28 tabletek kosztuje 133 zł. Nie mam nawet całej stówy.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *