Samo Poczucie

[11 maja 2020, oryginał zlinkowany:
https://forum.lem.pl/index.php?topic=1583.msg81472#msg81472]

Jak rzekł pan Lem (bodaj w „Katarze”), głównego bohatera wyszkolono przede wszystkim do wiernej rejestracji zdarzeń.

Mnie nie wyszkolono do niczego, ale chcę zapisać, że dziś parę minut po godzinie 14 pierwszy raz w życiu straciłem przytomność. Nagle, choć z kilkusekundowym ostrzeżeniem.

Niemoc trwała – przypuszczam – kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt sekund, a ocknąłem się z policzkiem na chodniku oraz zadawanym sobie pytaniami, co ja tu robię (dlaczego leżę twarzą do ziemi), a także dlaczego po betonie przed oczami łażą mrówki (owady, nie mroczki).

Sekundę potem jakiś życzliwy przechodzeń (na oko trzydziestolatek) pochylony nade mną pytał, co mi jest, czy mi się nic nie stało i czy może mi pomóc. Z trudem obróciłem się na wznak, potem na bok, gościu pomógł mi naprzód usiąść, potem wstać i oparłem się o mur zabytkowych Wyścigów Konnych, które objeżdżałem (około 10 km) na swoim składaku. Składak leżał metr ode mnie, z torby w bagażniku wypadła butelka z wodą „Żywiec” (mocno gazowaną). Miły facio pomógł mi rower podnieść i postawić na nóżce, a przy tym pytał spokojnie i zrozumiale, czy nie dzwonić po pogotowie, ale mu podziękowałem, że nie potrzebuję, tylko sobie trochę postoję. Po minucie takiego stania zadzwoniłem do Kasi, potem dopchałem rower (może sto metrów) do Puławskiej, potem bez żadnych przeszkód neurologicznych dojechałem kilometr do Poleczki, a stamtąd do domu. Dwukrotny natychmiastowy pomiar cukru wskazał niestety 180 i 170 (oczywista „dobra” przyczyna omdlenia byłaby przy cukrze poniżej 50), ciśnienie zaś było na pewno za niskie: sto na pięćdziesiąt, tętno miarowe, chyba 50. Byłem na czczo, więc przez rozum natychmiast zjadłem talerz krupniku i popiłem półszklanką kefiru „Robico”. Po powtórnej rozmowie Kasią i powtórnych pomiarach pojechałem naprzód do lekarza po umówioną receptę (bez związku z incydentem), a potem do apteki i do „Megasamu” po zakupy (pusta lodówka). Opisuję to wszystko wyłącznie dla życiowej ekstraordynaryjności oraz dla pamięciowej samokontroli.

Pomiary z 17:00 – ciśnienie 125 na 60, tętno 60, cukier 210. Pomiary z 18:30 (po profilaktycznym drinku) – ciśnienie 140 na 70, tętno miarowe 55 (mam wolne serce), cukier 160. Pomiary z 22:00 – ciśnienie 120 na 60, tętno miarowe 55, cukier 190. Zażyłem 40 jednostek insuliny Mixtard 30.

I to by było na tyle.

R.

Dziś jest niedziela 24 maja 2020, imieniny Joanny, i chcę do powyższego dopisać, że czuję się „głowowo” z dnia na dzień raczej coraz gorzej, i chcę wytłumaczyć, na czym owa gorszość polega. Robię to poniekąd dla sztuki, bo jestem na świecie sam jak palec, a do tego bloga raczej nikt nie zagląda.

W relacji z incydentu napisałem, że znieprzytomniałem nagle, choć z kilkusekundowym ostrzeżeniem. Miła sąsiadka (Joanna, notabene) bardzo się przejęła i dopytywała m. in., na czym polegało to ostrzeżenie. Porządnie się zastanowiłem i mogę rzec tylko, iż w ciągu tych paru ostrzegawczych sekund dosłownie poczułem, że zaraz stracę świadomość.

To jest skądinąd żadne wytłumaczenie, bo jak niemdlejący nigdy czytelnik ma pojąć/zinterpretować te wytłuszczone słowa? Przypuszczam, że poprzez „werbalną empatię” tego się ściśle wyrazić nie da (w każdym razie ja nie potrafię). Polecam intuicję. Jednak ów nagły nieoczekiwany stan został przeze mnie zapamiętany właśnie jako chwilowe doraźne wyraziste prekognicyjne samopoczucie.

No więc postępująca gorszość mojego umysłu polega na tym, iż coraz częściej pojawia się coś w rodzaju tamtego uczucia. Wprawdzie nie z takim natężeniem jak 11 maja, lecz z tej samej beczki. I nawracające. W łazience, w sklepie, na podwórku i przy biurku. Z tego właśnie powodu przedwczoraj pierwszy raz w życiu przerwałem rozpoczęty tradycyjny objazd Lasu Kabackiego i wróciłem do domu.

Inna rzecz, że na mnie już poniekąd pora. 73 kolejny rok od urodzin, o przypadłościach i prowadzeniu się lepiej nie mówić. Tak samo jak o pogłębiającej się depresji (samotność), na którą nie mam rady, i która sprawia, że coraz bardziej nie chce mi się żyć.

Pocieszające wydaje się to, że – sądząc po pomiarach i po opiniach uczonych dwóch druhów-lekarzy – mniej grozi mi wylew i paraliż niż zwykła niedokrwienna śmierć mózgu. W każdym razie chcę w to wierzyć. Amen.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz