Mateusz Piskorski

http://partia-zmiana.pl/2017/05/12/piskorski-bedzie-wieziony-przez-kolejne-miesiace/

11 maja odbyła się kolejna rozprawa o przedłużenie tymczasowego aresztowania Mateusza Piskorskiego. I tym razem sąd, na żądanie prokuratury się zgodził. Piskorski pozostanie w areszcie co najmniej do sierpnia.

Poręczenia? A co to sąd obchodzi?

Tymczasowe aresztowanie, choć najbardziej dotkliwe dla podejrzanego, jest tylko jednym z trzech środków zabezpieczających, o których mówi Kodeks Postępowania Karnego. Obok niego wymienia też policyjny dozór i poręczenie. Obrona miała argumentować przed sądem, że dalszy areszt nie tylko jest bezcelowy i krzywdzący dla Piskorskiego, ale i dalsze jego trwanie z uwagi na niedawne pobicie go przez funkcjonariusza ABW, także niebezpieczne dla jego zdrowia i życia. Miała tak argumentować, bo jak było to nie mam pewności. Rozprawa znów odbyła się przy drzwiach zamkniętych, a adwokaci zasłaniając się obowiązkiem zachowania tajemnicy, nie chcieli mi udzielić żadnych wyjaśnień. Oczywiście znów też nikomu nie przeszkadzał fakt, że samemu zainteresowanemu kolejny raz odmówiono udziału w posiedzeniu. Mimo, że mają go w więzieniu i w każdym momencie mogą go dostarczyć do sądu, rozprawy cały czas mają charakter zaoczny, a jemu samemu odmawia się udziału we własnej sprawie.

Tym razem, mając za soba doświadczenia kolejnych przedłużeń aresztu, obrońcy zamiast tymczasowego aresztowania zaproponowali sądowi zebrane przez różnych ludzi poręczenia. Wśród poręczycieli znaleźli się m.in.: poseł na Sejm RP Janusz Sanocki oraz  łotewska europosłanka, Tatiania Żdanoka. O ile europosłanka napisała krótko, iż „gwarantuje, że w przypadku uchylenia tymczasowego aresztowania, Piskorski stawi się na każde żądanie polskich organów wymiaru sprawiedliwości”, o tyle Janusz Sanocki, poza standardową formułką poręczenia, pozwolił sobie na publicystyczny komentarz. Warto go tu w kilku miejscach przytoczyć.

Powątpiewając w sens stawianych Piskorskiemu zarzutów, Sanocki pisze: „Piskorski jawnie opowiadał się za opcją rosyjską, co w gruncie rzeczy dyskwalifikowałoby go jako rosyjskiego szpiega. Rosyjski szpieg – zgodnie z zasadą >>maskirowki<< powinien raczej publicznie występować z zajadle antyrosyjskimi deklaracjami, słowo >>putin<< wypowiadać z charakterystycznym grymasem obrzydzenia (i ma się rozumieć małą literą), a nazwę >>Rosja<< jak najczęściej łączyć ze słowem: >>agresja<<…” (wypisz, wymaluj, minister Maciarewicz! Panowie z ABW pojmali niewłaściwego człowieka! – przyp. autora). I dalej retorycznie pyta – „Co za pożytek byłby ze >>szpiega<<, który jest jawnie prorosyjski?”. Sanocki zauważa również, że jako dziennikarz i polityk, Piskorski – „nie miał dostępu do tajemnic urzędowych, nie pracował w ministerstwie i w związku z tym jego przydatność jako szpiega wydaje się znikoma”. Krytykując zaś tak długie, bo roczne już aresztowanie zauważa, że: „Prokuratura kierując wniosek do sądu o zastosowanie tymczasowego aresztowania w sprawie o szpiegostwo znanego dziennikarza i polityka, powinna mieć twarde dowody na potwierdzenie oskarżenia. Trudno się godzić na sytuację, w której w sposób spektakularny aresztuje się człowieka głoszącego poglądy odmienne od dominującej linii politycznej, bez posiadania niezbitych dowodów, a następnie przetrzymuje się go w więzieniu przez wiele miesięcy – gdyż w istocie zgoda na taką sytuację oznaczałaby zgodę na prześladowanie ludzi za ich poglądy.”. Sanocki w latach PRL był działaczem „Solidarności”, internowany w stanie wojennym w więzieniu spędził półtora roku. Wtedy nazywano go „pachołkiem Reagana”, dziś z goryczą dostrzega analogię, gdy przeciwników nazywa się „pachołkami Putina”. W przekonaniu posła wina Piskorskiego w zarzucanych mu czynach, jest mało prawdopodobna zaś – „wiele wskazuje na to, że prokuratura działa na polityczne zlecenie, wypływające z ostro antyrosyjskiej linii politycznej obecnych władz. Wskazuje na to także przedłużający się czas tymczasowego aresztowania, zupełnie niewytłumaczalny i absolutnie niemożliwy do zaakceptowania. Jeśli Piskorski jest szpiegiem, dawno powinien stanąć przed sądem. Jeśli oskarżenie nie miało podstaw, przed sądem powinien stanąć prokurator, który wydał nakaz aresztowania” – kończy swój wywód. Całkowicie się z tym zgadzam i ze swej strony dodam, że nie tylko on, ale także funkcjonariusze ABW i sędziowie, którzy pozostają do dyspozycji partii rządzącej, muszą odpowiedzieć za swe czyny, gdy ta władza już przeminie.

Co to dało? Mając na biurku ponad 50 poręczeń sąd ogłaszając swą decyzję o dalszym więzieniu Piskorskiego w ustnym uzasadnieniu nie uznał za stosowne, by poświęcić mu choćby jedno słowo. Sędzina (NAZWISKO) zbyła to milczeniem, zupełnie tak, jakby żadnych poręczeń nie było

Naukowa ekspertyza też do kosza

Po początkowych oskarżeniach o szpiegostwo na rzecz Iraku, Chin i Rosji, mających zapewne być pretekstem dla izolacji Piskorskiego w areszcie wydobywczym, mogliśmy przeczytać między innymi na łamach „Rzeczpospolitej”, do której dotarł ocenzurowany list z więzienia, że teraz Piskorskiemu zarzuca się między innymi to, że „próbował wpływać na polską opinie publiczną”. Jeśli to jest przestępstwo, to w takim razie w wiezieniu powinni od dawna gnić Tusk, Kaczyński i wszyscy polscy politycy. Przekonywanie opinii publicznej do własnych idei to przecież istota polityki w każdym demokratycznym kraju. Mając na względzie te i inne zarzuty pod których kątem, on i wzywani do ABW świadkowie, są przesłuchiwani, dwie polskie uczelnie podjęły się sporządzenia naukowej ekspertyzy, która miała odpowiedzieć na pytanie – czy czyny, które zarzuca się Piskorskiemu są czynami karalnymi? Odpowiedź obu ośrodków była podobna i sprowadza się do tego, że – „czyny zarzucane podejrzanemu nie wykazują znamion przestępstwa określonych w polskim kodeksie karnym”.

Sąd z ekspertyzą się zapoznał, ale chyba nie zrobiła na nim większego wrażenia. Wiemy tylko, że w ustnym uzasadnieniu swej decyzji, w przeciwieństwie do poręczeń, ekspertyzie poświecił … jedno zdanie. Jak dokładnie brzmiało? Nie wiem. Może – mam to gdzieś?

Boją się wszyscy, także prawnicy

Jest taki dowcip, który opowiadają sobie Amerykanie. Zaczyna się od pytania:

  • Co oznacza 1000 prawników na dnie oceanu?
  • … nie wiem
  • odpowiedź brzmi – to całkiem dobry początek optymistycznego opowiadania.

Coś w tym jest. Nikt ich przecież nie lubi i raczej nie darzy szacunkiem, a świat byłby pewnie bez nich lepszy. Bo trzeba mieć świadomość, że każdy prawnik, a na pewno zdecydowana ich większość, to po prostu ludzie tego systemu. Sam ukończyłem w latach dziewięćdziesiątych prawo na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Nigdy jako prawnik nie pracowałem. Kiedyś tylko hobbystycznie, gdy byłem zastępca naczelnego w tygodniku „Trybuna Robotnicza”, w kolumnie dotyczącej prawa pracy, odpowiadałem na pytania oszukiwanych przez pracodawców pracowników. Doświadczenia procesowego nie mam żadnego, ale zakładam, że obrońcy Piskorskiego składają różne wnioski w terminie, piszą pisma na nie zatłuszczonych kartkach papieru (na Berdyczów?), elokwentne skargi i zdecydowane zażalenia. Od strony formalno-prawnej robią pewnie wszystko co trzeba. Jednak jako ludzie systemu, jego część, nie dopuszczają do siebie nawet myśli, że proces, w którym uczestniczą nie jest uczciwy. Żaden proces polityczny nie jest przecież uczciwy. Nikt też nie przyzna, że jakiś toczący się proces to proces polityczny. Żyjemy przecież w wolnym demokratycznym kraju i mamy  „państwo prawa”! Z tych powodów, a zapewne także ze strachu o własną pozycję i pracę, nie wychodzą poza standardowe procedury, w których powtarzam – na pewno są dobrzy. Dlatego, z nie zrozumiałych dla mnie powodów, nie tylko mi nie chcieli udzielić żadnej informacji, ale odmówili też rozmowy z dziennikarzem niemieckiego prestiżowego „Spiegla”, który sprawą Piskorskiego się zainteresował. Zasłaniali się tym samym co władza, która akurat ma w tym interes – proces jest tajny!

Kilka dni temu w „Superstacji” mogliśmy zobaczyć adwokata Zbigniewa Stonogi, który w imieniu swojego klienta i na jego prośbę składał oświadczenie o tym, że pobito go w Komendzie Stołecznej. Dlaczego z podobnym oświadczeniem nie wystąpili obrońcy Piskorskiego, gdy ten sam stał się obiektem przemocy funkcjonariusza ABW? Czyżby kwestia używania wobec aresztowanych przemocy też była tajna?

Piskorskiego z więzienia nie wyciągną najlepiej napisane wnioski i dobrze wykorzystane procedury. Skoro siedzi w więzieniu na polityczne zlecenie to prawo nie ma znaczenia. Jemu może pomóc tylko medialny szum wokół tej skandalicznej sprawy.  Dziennikarze, prawnicy, ludzie, którzy mają coś do stracenia, boją się o siebie, swoją pracę i kariery. A może Piskorski powinien mieć adwokata z jakiegoś innego kraju? Niemca, Francuza, Włocha? Kogoś, komu Kaczyński, Maciarewicz, Kamiński czy Ziobro, nic nie mogą zrobić, a on nie musi się ich bać? Ale może ja się nie znam na tym? Niektórzy mówią mi, że adwokaci mają swoją strategię. Pytam – jaką? Tajemnica!? No dobrze, niech będzie, że tajemnica, ale skoro Piskorski siedzi już rok i dalej będzie siedział, to chyba najlepsza to ona nie jest?

Tak po ludzku trochę ich wszystkich rozumiem. Sam dużo piszę o sprawie Piskorskiego. Interesuję się nią od jego zatrzymania i staram się nagłaśniać wszystko o czym się dowiem. Pisałem o tym i na „Sputniku” i w „Faktach i Mitach”. No i wczoraj otrzymałem na 15 maja wezwanie na przesłuchanie do ABW. Gdybym więc nagle przestał pisać, zainteresujcie się co się stało. A może nie będzie tak źle i „tylko” mnie pobiją?

Jarosław Augustyniak

ewentualnych komentatorów zapraszam do kontaktu mejlowego lub telefonicznego: Stanisław Remuszko, remuszko@gmail.com, +22 641-7190, 504-830-131

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

Wyznanie przekonań

https://www.tygodnikprzeglad.pl/votum-separatissimum/

Chciałbym stanowczo wyjawić zasadniczą różnicę poglądów pomiędzy mną a trzymającymi się dogmatów wyznawcami Kościoła rzymskiego, boję się bowiem, iż może powstać mylne wrażenie, jakobym zgadzał się ze wszystkim, co „Tygodnik Powszechny” wygłasza jako katolickie pismo.
Najważniejsze zatem różnice przekonań wymienię nie jako aktywista jakiegoś ateizmu, lecz jako naturalista orientujący się w świecie naszym w takiej mierze, w jakiej ustalone zostały podstawowe kanony naukowego światopoglądu.
Uważam, po pierwsze, że badania prenatalne, czyli pobieranie z owodniowego pęcherza kobiety w ciąży pojedynczych komórek i ustalanie na tej podstawie, jakie są szanse narodzin dziecka niedorozwiniętego, np. obarczonego zespołem Downa, są konieczne zupełnie tak samo, a może nawet bardziej, aniżeli wstawianie osobom starszym, co złamały kość udową, tytanowej protezy, ponieważ albo wykorzystujemy wszystkie służące zdrowemu życiu medyczne metody, albo ulegamy z oportunizmu dogmatom sprzecznym z najlepszą naszą wiedzą.
Tym samym uważam, po wtóre, że dopuszczanie do urodzin dzieci, które muszą przez życie – na ogół krótkie – ulegać kalectwu i cierpieniom, jest zbrodnią, jeżeli można temu zapobiec za pośrednictwem sztucznego poronienia albo metod nowożytnej profilaktyki. Nie chodzi bynajmniej o obciążanie społeczeństwa obowiązkiem podtrzymywania przy ułomnym życiu niepełnosprawnych, jak pisała o tym ostatnio w „Tygodniku” pani Hennelowa. Ośmielam się na pierwszym miejscu stawiać dobro osoby, a nie społeczeństwa. Wiemy dzisiaj, że nie łaska boska, lecz statystyka genowo-chromosomalna decyduje o rezultacie ciąży.
Zgodnie z doktryną Kościoła, stosunki małżeńskie mają być dopuszczalne tylko jako sposób poczęcia dziecka. Wynikałoby z tego, że każda para ma prawo jedynie do krótkich, międzyciążowych kopulacji. Zalecane przy tym przez Kościół „naturalne metody” określania okresów płodności są archaiczne i zawsze niepewne.
Uważam dalej, że każdy, kto z jakiś zasadnych, indywidualnych powodów pragnie zakończyć swoje życie, powinien mieć do tego prawo. Uważam też, że we wszystkich wypadkach, w których zachodzi możliwość morderczej recydywy, społeczeństwo ma prawo i powinno stosować karę śmierci.
Uważam zakaz klonowania ludzi za słuszny, ale niestety nieskuteczny, gdyż taki jest los większości stanowionych prawem zakazów. Uważam ponadto, że dzisiaj, w epoce szalejącego seksu, promiskuityzmu, triumfujących dewiacji, wirtualnych krwawych igraszek należy wprowadzać w społeczne życie możliwie bezbolesne metody kontrolowania takich aberracji. Jest rzeczą oczywistą także, że potępiam nasze, szczególnie ostatnio widoczne narodowe wady: oportunizm, hipokryzję, awanturnictwo, łapczywość mamony, powszechną bezkarność, korupcję, warcholstwo.

To są poglądy pana Stanisława Lema sprzed piętnastu lat, oraz – w większości – również moje poglądy dzisiejsze (maj 2017). S.R.

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Wedlowska

[07.05.17, 18:30] Niemerytorycznie chciałbym, aby wygrała pani Le Pen (programów, ani osobowości rywali nie znam ni w ząb, a przede wszystkim nie jestem obywatelem Francji, więc mi to raczej lotto) TYLKO DLATEGO, że jestem przeciwny poprawności politycznej (opinie mediów) i wierzę w zdrowy rozsądek dorosłego Narodu, który w I turze podzielił się mniej więcej równo, a przecież żadna ze stron nie chce źle dla swojej Ojczyzny. Myślę, że Paryż się nie zawali, jeśli w Pałacu Elizejskim zasiądzie dama, tak jak nie zawalił się Budapeszt po wyborze Orbana, Waszyngton po wyborze Trumpa czy Europa po Breksicie. Oni też, zdaje się, wcześniej byli „skrajną prawicą”, ludożercami czy kimś w tym rodzaju, wyjście zaś Anglików z Unii nie tylko było absolutnie niemożliwe, lecz i miało spowodować jakiś straszny światowy kataklizm.

Odsyłam do moich paru niedawnych blogowych wpisów i zachęcam do nadsyłania typowań (remuszko@gmail.com). Kto przed godziną 20:00 przewidzi różnicę z błędem nie większym od 2%, ten dostanie ode mnie tabliczkę wedlowskiej czekolady z orzechami.

Jej Ekscelencję panią Le Pen oraz Rodaków rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : -)

Stanisław Remuszko

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Prezydent Tusk

Gdy ktoś wygra zawody obywatelskie zwane wyborami powszechnymi – chwalić go i gratulować mu jest łatwo. Dlatego już dziś, wiosną 2017 roku, chcę publicznie wyrazić swą szczerą nadzieję, że pan Donald Tusk w 2020 roku zostanie prezydentem Rzeczpospolitej jako najlepszy kandydat na to najwyższe państwowe stanowisko. Odszukałem komentarzyk sprzed sześciu lat i podtrzymuję wyrażone tam oceny w całej rozciągłości: http://www.remuszko.pl/blog.php/?p=355

Dzisiejsze powitanie Donalda Tuska obiektywnie transmitowały przez obiektywy kamer trzy telewizje (TVP, Polsat, TVN). Dzięki internetowi, każdy może te relacje obejrzeć. Przeczytałem felieton na ten temat: http://www.stefczyk.info/blogi/omnibus-prowizoryczny/powitanie-krola-europy,19868151681 i dla równowagi (ku pokrzepieniu serc przeciwników Donalda Tuska) podaję dziesięć powodów, dla których powinien on raczej trafić za kratki niż do Belwederu:

1. Zelektryzował gorszy sort.

2. Przyjechał pociągiem.

3. Jest politykiem skończonym.

4. Sprzyjające mu sondaże są dęte.

5. Nie miał żadnych sukcesów.

6. Był współsprawcą zbrodniczego zamachu smoleńskiego.

7. Sprzeniewierzył koleje linowe.

8. Cieszy się poparciem półgłówków oraz takich wypłukanych umysłowo marionetek jak artysta Jacek Fedorowicz.

9. Jest wiarygodny jak Rumun na stacji benzynowej przy cmentarzu.

10. Uprawia hucpę, nie ma klasy oraz ingeruje w wewnętrzne sprawy Polski.

Scripta manent : -)

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Trzy kroki

Publiczna rozmowa o Smoleńsku jest trudna, ale możliwa.

Trudna dlatego, że społeczne emocje i podziały 7 lat po tragedii przypominają podziały i emocje w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu 36 lat temu stanu wojennego. Oczywiście mniejszy jest stopień i zakres zainteresowania: wtedy stan wojenny żywo obchodził praktycznie wszystkich Polaków, dziś natomiast o przyczyny katastrofy TU-154M spierają się znacznie węższe grupy obywateli.

Trudność rozmowy o Smoleńsku przejawia się naprzód w obraźliwym języku. Często w prywatnych dyskusjach jedni uważają drugich bez ogródek za !@#$%, drudzy zaś pierwszych za ^&*+). Owszem, przed mikrofonem i kamerą oraz w druku słyszymy już i czytamy tylko kulturalne wypowiedzi tych pierwszych o mordercach i zdrajcach, którym ci drudzy łagodnie przeciwstawiają tępych wyznawców smoleńskiej sekty. W sporze przy wielkanocnym śniadaniu mój rodzony brat wsparł się min. Macierewiczem, który – jak mówił brat – zaproponował rzeczowy telewizyjny dyskurs między naukowcami obu obozów, na co ponoć drinż. Lasek z miejsca napluł mu na buty – ale może to nieprawda?

Trzeci z ważniejszych kłopotów polega na rozpiętości wzajemnie wykluczających się wersji zdarzenia. Prawdziwi/fałszywi (niepotrzebne skreślić) patrioci uważają, że główną przyczyną katastrofy były wybuchy oraz Rosjanie-kontrolerzy, natomiast patrioci fałszywi/prawdziwi (niepotrzebne skreślić) główną winą za upadek samolotu o numerze bocznym 101 obciążają jego pilotów. Zdaje się, że przez nikogo niekwestionowana jest tylko liczba ofiar.

Mając na względzie narodową rangę problemu, czyli jego wpływ na nasze życie polityczne i duchowe, pozwalam sobie zaproponować taką rozmowę między byłą a obecną Państwową Komisją Badania Wypadków Lotniczych, aby postronni obserwatorzy mogli z wymiany zdań samodzielnie wyciągnąć wnioski.

Jak to konkretnie zrobić? Bardzo łatwo, tylko muszą tego chcieć obie strony.Z góry odpada telewizyjna debata typu gadające głowy. Dlatego, po pierwsze, że te głowy niemal natychmiast zaczynają się wzajemnie przekrzykiwać i zagłuszać. Dlatego, po drugie, że słuchacz nie ma czasu by zastanowić się nad podawanymi argumentami, bo już słyszy kontrargumenty, po nich kontrkontrargumenty itd. Często też  odpowiedź w ogóle nie odnosi się do zadanego pytania albo jest niemerytorycznym chwytliwym odszczeknięciem; polecam tu sławną  „Sztukę toczenia sporów” Schopenhauera, która w księgarni kosztuje dziś marne 10 złotych.

Rozwiązanie daje internet. Obie komisje powinny utworzyć specjalną stronę www/Dyskusja/pl. Adminem jednej połowy strony byłby zwolennik (niekoniecznie członek) jednej komisji, a adminem drugiej połowy – zwolennik  komisji drugiej. Pomocy mogliby udzielić dziennikarze. Strona byłaby na ogólnych zasadach dostępna na dla wszystkich zainteresowanych internautów. Strona nie miałaby charakteru urzędowego, tylko autorski i publicystyczny.

Przynajmniej na początku potrzebne są pewne formalne ograniczenia. Sugerowałbym, aby taka debata wystartowała od zamieszczenia zwięzłych generalnych „stanowisk w sprawie” – o objętości tekstu nie większej niż, na przykład, 5000 znaków. Zmusiłoby to autorów do wypunktowania i precyzyjnego ujęcia tylko kwestii absolutnie podstawowych. Następnie dyskutanci w podobnie krótkim tekście powinni wzajemnie odnieść się do tych wypowiedzi, czyli ocenić, z czym się zgadzają, a z czym nie. Trzecim krokiem mogłoby być zadanie „przeciwnikowi” kilku jednoznacznych pytań, które wydają się pytającemu najważniejsze. Wszystkiemu przyglądałyby się on-line rzesze obywateli…

Gdyby przy aprobacie komisji starej i nowej udało się uczynić takie trzy publiczne kroki, byłby to ogromny, wręcz gigantyczny postęp w relacjach polsko-polskich. Daj Boże!
Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Sześciu generałów PRL

Baryła, Buła, Kufel, Oliwa, Ryba i Żyto (wpisz w gugle)

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

7, 84, 364…

„Nadchodzi siódma rocznica, osiemdziesiąta czwarta miesięcznica i trzysta sześćdziesiąta czwarta tygodnica katastrofy smoleńskiej. Znów z ust Jarosława Kaczyńskiego padną oskarżenia o zdradę, śmiertelny spisek i zamach na życie prezydenta. Znów będzie mówił, że „choć potężne siły nam przeszkadzają, to zbliżamy się do prawdy”, że „prawda jest już blisko”.

Jest dokładnie na odwrót. To prawda o Smoleńsku zbliża się do was.

Latami dawaliście fałszywe świadectwa. Utopiliście w błocie pomówień wybitnych urzędników i oddanych państwu lotniczych ekspertów z komisji Macieja Laska i Jerzego Millera. Lżyliście prokuratorów prowadzących śledztwo. Mnożyliście oparte na fałszywych dowodach insynuacje o zmowie Tuska i Putina, jednym, dwóch i trzech wybuchach, sztucznej mgle, rozpylonym helu, trotylu… Mówiliście, że samolot rozpadł się w powietrzu, że wrak leżał gdzie indziej, że trzy osoby przeżyły i że dobijano rannych…
Siedem lat Antoni Macierewicz z błogosławieństwem Jarosława Kaczyńskiego zwodzi – rodziców, wdowy i wdowców oraz dzieci i bliskich ofiar – kolejnymi spiskowymi teoriami. Słuchanymi z nadzieją, bo owej bezsensownej śmierci nadawały sens właśnie.
Co dziś macie im do powiedzenia?
Rządzicie absolutnie od 18 miesięcy. Zrobiliście czystkę w prokuraturze wojskowej, powołaliście nową komisję badania wypadków lotniczych. Osobna smoleńska podkomisja pracuje przy MON. Macie wszystko: swoją prokuraturę, swoich ekspertów z Polski i zagranicy, nieograniczone środki. Mimo to nie jesteście w stanie w najmniejszym stopniu podważyć ustaleń komisji Laska i Millera, bo ich podważyć się nie da. Bo wasze kłamstwa zderzają się z faktami, z twardymi dowodami, z prawami fizyki i aerodynamiki. Prawa Newtona czy zasady zachowania pędu nikt jeszcze nie pokonał.
Kłamaliście o Smoleńsku, bo kłamstwo torowało wam drogę do władzy i do zemsty. Dziś opada maska, a im więcej będzie mijać czasu, tym bardziej odsłoni się wasza groteskowa bezradność.
Grzebiecie w popiołach jak starogermańskie ludy, które nie pozwalały odejść zmarłym, a ich doczesne szczątki przenosiły ze sobą z miejsca na miejsce.
Nie dajecie spokoju zmarłym, nasyłacie prokuratorów na święte groby, by o świcie otwierać trumny. Pogardzacie uczuciami rodzin, które się na to nie godzą, a ponad ich wolę przedkładacie zemstę na urojonym wrogu za urojone winy. Wiecie, że ekshumacje już niczego nie wyjaśnią, ale rozkopujecie groby, by wykazać tylko „nieprawidłowości” i „zaniedbania”. Mącicie i wzniecacie niekończące się wątpliwości po to tylko, by powiedzieć „wina Tuska” i by odsunąć odpowiedzialność od ludzi ze swojego obozu.
Kłamaliście cynicznie. Narodową żałobę zmieniliście w polityczny spektakl. Ludzką tragedię w partyjny wiec. Święte symbole w patriotyczny jarmark. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu w cep na waszych wrogów. Od siedmiu lat depczecie uczucia tych, którzy żałobę przeżywają głęboko, ale w ciszy i bez ostentacji.Tylko że wy nie milczycie – wy oskarżacie, chowając się za krzyże, modlitwy, ołtarze i ornaty, mieszając sacrum z profanum; to, co prywatne, z tym, co państwowe.
Dziś waszej herezji nadajecie status państwowy. Myślących inaczej usuwacie z Krakowskiego Przedmieścia, bo „Polska zwycięży, a zdrajcy przegrają”. Ale mimo propagandy rządowych i prorządowych mediów coraz mniej ludzi wierzy w zamach. Dlatego gdy tylko w swoim gronie znów będziecie wykręcać sens słów, gdy obchodzić będziecie kolejną rocznicę „zamachu smoleńskiego”, czcić „poległych” i sławić ich „męczeństwo”, pamiętajcie, że ludzie wiedzą, iż ta rocznica to też rocznica wielkiego kłamstwa. Waszego kłamstwa.”

Tyle redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”, pan Jarosław Kurski http://wyborcza.pl/7,75968,21609181,rocznica-waszego-klamstwa-antoniemu-macierewiczowi-i-jaroslawowi.html. Z gorzką patriotyczną przykrością stwierdzam, że głosi on czystą żywą prawdę. Owszem, może ubrałbym te frazy w nieco łagodniejsze słowa, ale SEDNO jest właśnie takie: katastrofa była wyłącznie skutkiem splotu przypadków, nie zaś rezultatem czyjegokolwiek intencjonalnego działania. Co gorsza, „wiodącą rolę” odegrały koszmarne wprost błędy pilotów, lapidarnie wyliczone przez pewnego światłego inżyniera z Chełma:

…Sądzę tak w ogóle, że ta straszliwa katastrofa to również straszliwy wstyd dla nas. ”Air Force One” państwa, które pretenduje do roli europejskiego gracza, rozbija się, ponieważ piloci elitarnej jednostki wojskowej, powołanej specjalnie do przewożenia najważniejszych osobistości, wprowadzili współrzędne pasa w innym układzie niż ten, w którym pracował ich GPS; niewłaściwie korzystali z wysokościomierzy; nie posłuchali wieży, że nie ma warunków; oszukali, a potem ignorowali urządzenie mówiące ludzkim głosem: „podciągnij, lecisz w ziemię”; wreszcie przekroczyli znacznie wysokość decyzji, wypatrując przez okna gruntu (eufemizm, zeszli poniżej poziomu pasa). Do tego wisienka na torcie: nie mieli dopuszczeń, żeby w ogóle tego dnia na tej maszynie wzbić się w powietrze, a te nieaktualne, które mieli, były udzielone bezzasadnie. Srom straszny…

Marną doprawdy pociechą jest to, co o tej tragedii pisałem na blogu od samiutkiego początku (kto ciekaw, niech archiwalnie kliknie w kwiecień 2010). Pan Kurski wprawdzie informuje, że w hel, bombę i spisek na początku wierzyła jedna trzecia narodu, a teraz tylko jedna piąta, ale to dowodzi, JAK DUŻY odsetek moich rodaków NADAL jest umysłowo tępy i słabo wykształcony, zwłaszcza w matematyce, fizyce i logice. Nie rozumieją. Głupawi są. Przykro na to patrzeć…

Stanisław Remuszko

remuszko@gmail.com, 504-830-131

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Racja

Mam świętą rację. Ale inni też ją mają.

Życie realne nie jest idealne. Idealna jest tylko matematyka. Dwa plus dwa równa się idealnie cztery. W życiu rzeczywistym, zwanym modnie realem, są różne punkty widzenia, różne aspekty i różne racje. Społeczne dwa plus dwa na ogół nie równa się cztery. Na tym polega cały kłopot albo odwrotnie: cała uroda życia.

W marcu do Polski przyleciała Amerykanka Rebecca Kiessling, która podaje, że przyszła na świat wskutek gwałtu dokonanego na jej matce przez seryjnego gwałciciela. Amerykanka jeździ po świecie z prelekcjami, w których domaga się zmiany prawa tak, aby gwałt nie był legalną przyczyną dla aborcji.

Działające na pięciu uniwersytetach (Toruń, Wrocław, Kraków, Lublin i Warszawa) studenckie koła naukowe wystąpiły do władz swych uczelni o udostępnienie sal na spotkanie z Amerykanką. Z wyjątkiem KUL, władze czterech uczelni odmówiły. Wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin w oficjalnym oświadczeniu skrytykował tę odmowę. Napisał (między innymi):

Misją uniwersytetu jest dążenie do prawdy. Droga zaś do niej to dialog, ścieranie się przeciwstawnych, racjonalnie uzasadnionych stanowisk, szacunek dla wolności myśli i pluralizmu. Z przykrością muszę stwierdzić, że decyzję władz wspomnianych uniwersytetów odbieram jako zaprzeczenie tych wartości. Konsekwentnie wstrzymywałem się od interwencji – w duchu szacunku dla autonomii uczelni i wolności akademickiej. Trudno jednak, bym milczał, gdy zasadom tym sprzeniewierzają się – w mojej ocenie – ci, którzy powołani są do roli ich strażników. Z poglądami pani Kiessling można się zgadzać lub nie, lecz zabranianie ich artykułowania jest niczym innym jak cenzurą.

W odpowiedzi, rektor UW Marcin Pałys i rektor UJ Wojciech Nowak opublikowali swoje stanowisko. Czytamy w nim:  W środowisku akademickim musimy odróżniać działalność jawnie lobbystyczną służącą zmianie ustawodawstwa od debaty akademickiej, której fundamentami są krytyczne rozważania i wymiana poglądów. Czyniąc właściwy użytek z niezbędnej Uniwersytetom autonomii – niezależnie od bieżących mód, trendów czy układów politycznych – oddzielamy oparte o naukową metodę ścieranie się stanowisk od nieakceptowalnej w murach uczelni propagandy.

Każdy z czytelników niniejszego bloga może zajrzeć pod podane linki i suwerennie ocenić, kto ma rację. Ja takie racje mam dwie (dwa poglądy). One są merytorycznie rozłączne, czyli wzajemnie niezależne.

Po pierwsze, w przedstawionej sprawie jestem raczej przeciwny antyaborcyjnemu postulatowi pani Kissling. Po drugie, całkowicie zgadzam się z panem ministrem Gowinem.
Pragnę też mocno podkreślić – jako emerytowany pismak z ponad czterdziestoletnim stażem i absolwent uniwersytetu – że w dziennikarstwie i w życiu akademickim nie ma bardziej hańbiącego od cenzurowania.

Owszem, cenzura – jako odwrotność swobodnego wyrażania przekonań – jest tak stara jak świat. Istniała w starożytnym Egipcie (zamazywanie hieroglifów) i w Babilonie (tłuczenie glinianych tabliczek), w Średniowieczu i w Renesansie, a kościelny Index Librorum Prohibitorum urzędowo zniesiono dopiero pół wieku temu. Komuszy knebel dla radia Wolna Europa uzasadniano tak samo: wraża propaganda, która zatruwa umysły zdrowego społeczeństwa!

W moich oczach, administracyjny zakaz panów rektorów nie tylko przynosi im wyjątkową intelektualną i moralną ujmę, lecz również szkodzi całemu światu akademickiemu. Fundamentalną wartością, szczególnie w tym świecie, jest wolność słowa. Gdybym był elektorem na UW lub UJ, nigdy już nie zagłosowałbym na profesorów Pałysa i Nowaka jako reprezentantów mojej uczelni.

Stanisław Remuszko

P.S. Kilka dni po opublikowaniu powyższego wpisu na zaprzyjaźnionym portalu, powiesiłem go wczoraj na forum „Gazety Wyborczej”, gdzie doczekał się natychmiast wielu ciekawych uwag i komentarzy. Ale gdy dziś zajrzałem w to miejsce -


okazało się, że wpis został usunięty. W imię wolności słowa, ma się rozumieć…

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Kapitał 2.0

Waży 1346 gramów i liczy 750 stron.
Autorem pierwszego, znacznie skromniejszego edycyjnie „Kapitału”, który ukazał się równiutkie 150 lat temu, był niemiecki filozof Karol Marks. Notabene, chyba na żadnym innym myślicielu świata nie powieszono później tylu zdechłych Azorów, ale nie dlatego akurat, że jego ekonomiczne diagnozy okazały się mylne, tylko dlatego, że książka stała się symbolicznym punktem wyjścia dla wielkich społecznych ruchów i przemian XX wieku (rewolucje, rzezie, ludobójstwa, wojny). Dziś historyczny marksowski „Kapitał” można kupić w każdej poważniejszej księgarni, z solennym Państwowym Wydawnictwem Naukowym na czele.
Autorem współczesnego „Kapitału” jest francuski czterdziestolatek Thomas Piketty. Francuz przedstawia czytelnikom systematyczny i udokumentowany wykład problemów gospodarczych, które stoją przed ludzkością, społeczeństwami i jednostkami „w XXI wieku” (tak brzmi podtytuł). Pisze jasno, a rozumowanie wspiera licznymi ilustracjami (wykresy i tabele, obszerna źródłowa bibliografia). Choć staranna lektura wszystkich 750 stron przerosła moje siły i poprzestałem na fragmentach, księga na pewno spodoba się większości odbiorców, bo przecież na ekonomii, jak na medycynie, znamy się absolutnie wszyscy.
Szczególnie zaciekawiły mnie współczesne nierówności (Piketty poświęcił im jedną ze swych wcześniejszych książek). Gazety twierdzą, że ponoć 1% ludzkości jest właścicielem 99% globalnego majątku. Jednak, po pierwsze, nie wiadomo, czy to prawda; po drugie, na majątek, zwłaszcza zbierany od pokoleń, wpływu nie mamy. Dlatego – wewnątrz kwestii nierówności –  zainteresowała mnie kwestia bieżących wynagrodzeń. I to nie na świecie czy w Europie, tylko nad Wisłą.  Wprawdzie „Kapitał 2.0” nie bierze Polski pod odrębną lupę, ale od czegóż rocznik GUS?
Przypuszczam, że nikt nie ma żadnych pretensji o najbardziej nawet niebotyczne zarobki naszych rodzimych twórców, sportowców, artystów, uczonych, wynalazców etc. Można rzec, iż – kupując ich produkty – wynagradzamy ich z własnej nieprzymuszonej woli, wedle naszych indywidualnych gustów i potrzeb, które potem zbiorczo ujawniają się na koncie pana Roberta Lewandowskiego (piłkarz), pana Marka Budzyńskiego (architekt) czy pani Maryli Rodowicz (piosenkarka).
A ile kasuje najwyższy management w wielkich prywatnych korporacjach publicznych, czyli tych notowanych na giełdzie? Tego rocznik GUS nie podaje. Ustawa kominowa i podobne regulacje w innych państwach moderują wynagrodzenia w sektorze państwowym. Tymczasem prezesi wielkich spółek giełdowych: a) zarządzają własnością tysięcznych/milionowych rzesz akcjonariuszy, b) mają wielką władzę poprzez wpływ swoich osobistych decyzji na gospodarkę, c) z tego tytułu nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Owszem, rozproszeni akcjonariusze mogą się zebrać i szefów odwołać, ale gdy ktoś zarabia 1000 zł na godzinę (10 000 zł dziennie = 300 000 zł miesięcznie = 3,6 mln zł rocznie) plus premie i gratyfikacje, to raz na parę lat dymisję jakoś przeżyje…
Wiek i dwa wieki temu rozpiętość między poziomem życia bogaczy a codziennym statusem nędzarzy doprowadziła do barykad, szafotów, szubienic i królobójstwa. Kierowniczej kadrze wielkich spółek giełdowych nie grozi dziś żadna defenestracja (wpisz w google), lecz odnoszę  silne prywatne wrażenie, że takie wynagrodzenia są niemoralne, nieuczciwe i niesprawiedliwe. Przynajmniej dla kogoś, kto zarabia średnią krajową, czyli około 4000 zł na miesiąc, o tysiączłotowych rencistach nie wspominając…
Jaka maksymalna rozpiętość zarobków ma ludową akceptację? Przypuszczam (hipoteza ad hoc), że mnożnik kilkanaście-kilkadziesiąt nie budzi większego sprzeciwu, natomiast mnożnik kilkaset i więcej – budzi. Oczywiście to dałoby się  sprawdzić tylko poprzez wielkie badania ankietowe. Ale nikt takich sondaży nie robił.
Giełda i spółki działają na podstawie i w granicach prawa. Prawo kształtują ludzie. Daje się pomyśleć krótka ustawa, która głosi, że wynagrodzenia szefów giełdowych spółek nie mogą przekraczać na przykład pięćdziesięciokrotności średniego krajowego wynagrodzenia. Lecz czy w demokratycznym państwie prawnym wolno ustanawiać tu jakiekolwiek granice?

Stanisław Remuszko

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Trzej prezydenci

Traktaty Rzymskie i leżąca u ich podstaw idea integracji przyniosły Europie 60 lat pokoju, dobrobytu i rozwoju.
Unia Europejska to wspólnota wartości i pozytywna wizja przyszłości, w której narody Europy współpracują i jednoczą się przy jednoczesnym poszanowaniu swoich tradycji, różnorodności, odmiennej wiary i obyczajów.
Za taką wizję Polski w Europie oddały swój głos miliony Polaków w referendum europejskim w 2003 r. Wejście naszego kraju do Unii Europejskiej w 2004 r. było urzeczywistnieniem dążeń pokoleń rodaków do zapewnienia Polsce bezpieczeństwa, poczucia wspólnoty i solidarności.
Pomimo swoich sukcesów, w przededniu 60. rocznicy podpisania Traktatów Rzymskich, Unia stoi przed wieloma wyzwaniami natury politycznej, ekonomicznej i społecznej. Na posiedzeniu Rady Europejskiej w Rzymie rozpocznie się ważny etap zmian w Unii Europejskiej. Nie może tam zabraknąć konstruktywnego, uważnie słuchanego głosu naszego kraju.
Dlatego głęboko niepokoi nas konfrontacyjna i eurosceptyczna polityka polskiego rządu. Jej konsekwencją może być międzynarodowa marginalizacja Polski oraz samowykluczenie z grona państw decydujących o przyszłości europejskiej integracji.
Reprezentujemy różne pokolenia, tożsamości polityczne, doświadczenia życiowe. Nieraz pozostawaliśmy w ostrym sporze politycznym. Po ponad ćwierćwieczu wspólnych, ponadpartyjnych starań na rzecz europejskiego wyboru Polski, oświadczamy z całą mocą, że Polska to nie głos jednej czy drugiej partii politycznej!
Polacy w swojej zdecydowanej większości chcą silnej, przyjaznej Polski w zjednoczonej Europie. Dlatego, mając na względzie skalę globalnych wyzwań i zagrożeń, które możemy rozwiązać tylko w europejskiej wspólnocie, apelujemy do polskiego rządu i wszystkich sił politycznych o odpowiedzialną politykę europejską.
Jednocześnie zwracamy się z apelem do wszystkich przywódców państw Unii Europejskiej o dalszy rozwój europejskiego projektu w duchu solidarności i współpracy.

Lech WAŁĘSA – prezydent RP w latach 1990-1995, Aleksander KWAŚNIEWSKI – prezydent RP w latach 1995-2005, Bronisław KOMOROWSKI – prezydent RP w latach 2010-2015

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj