www.remuszko.pl

Tajemnice „Wyborczej”

wywiad dla portalu netbird.pl

(ze Stanisławem Remuszką rozmawia Robert Rusek)

...jako naoczny świadek wydarzeń napisałem wysoce krytyczną, dokumentalno-publicystyczną książkę o Agorze, "Gazecie Wyborczej", Michniku i okolicach, w której wielokrotnie i expressis verbis oskarżyłem to towarzystwo nie o jakieś duperele, lecz o konkretne czyny obrzydliwe moralnie, czyli o "takie postępowanie lub właściwości - cytuję z Wikipedii definicję zniesławienia - które mogą poniżyć w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, lub rodzaju działalności". Gdyby tam był nie to że fałsz, ale cień cienia fałszu, wówczas dawno zgniłbym w więzieniu lub/i poszedł z torbami wskutek sprawiedliwych wyroków niezależnej judykatury wydanych na procesowy wniosek redaktora Michnika i mecenasa Rogowskiego... (Stanisław Remuszko, „Wariacje obywatelskie”, str. 279) 

 

· Skąd wzięła się „Gazeta Wyborcza”?

– Została poczęta przy Okrągłym Stole w lutym 1989, a fizycznie przyszła na świat 8 maja 1989.

Już ponad dziesięć milionów dorosłych rodaków nie może znać tych faktów z autopsji, bo wtedy albo byli za młodzi, albo jeszcze się nie urodzili. Dziś, aby założyć gazetę, wystarczy mieć pieniądze i dopełnić formalności. Jednak dwadzieścia lat temu potrzebne było zezwolenie najwyższych władz PRL. To trochę tak, jakby dziś zgodę na wydawanie np. portalu Netbird musieli dać wspólnie premier Tusk i prezydent Kaczyński oraz prezydia sejmowych klubów PO i PiS...

Wie pan, ile wynosił kapitał założycielski spółki Agora po denominacji złotówki? Piętnaście złotych. Pieniądz był niczym, a władza wszystkim.

Gdy ktoś chce dziś kupić większe ilości papieru, dzwoni do hurtowni albo do fabryki i tylko czeka na dostawę. W roku 1989 brakowało praktycznie wszystkiego, a rozdzielnictwem nielicznych dostępnych towarów zarządzała komunistyczna partia. Zwykły papier drukarski był czymś w rodzaju broni, o którą boje toczyły się nawet między nomenklaturą. Nie inaczej działo się z poligrafią czy kolportażem. Tego się nie kupowało, na to się dostawało „przydział”. Bogu dzięki, ten straszny wyraz dawno wyszedł z powszechnego użytku, ale radzę podpytać rodziców...

· Myśli pan o kartkach na mięso?

– Tu akurat myślę o kartkach na wszystko, co było niezbędne do wydawania dziennika: papier, druk, kolportaż, lokal, transport, łączność, kredyty. Wszystko to „Gazeta” dostała za friko, ale przecież czerwoni nie przydzielili jej swojej prywatnej własności, tylko majątek państwowy, który należał do całego społeczeństwa, do wszystkich Polaków. Dochodzą do tego absolutnie wyjątkowe i dosłownie bezcenne imponderabilia: znaczek-symbol „Solidarności”, szalony popyt milionowych rzesz czytelników oraz brak rynkowych rywali. W takich warunkach nie startowało nigdy żadne pismo na świecie. Żyć, nie umierać!

· Jak trafił Pan do „Wyborczej”?

– Kręciłem się w środowiskach, które później, jako strona solidarnościowo-opozycyjna, uczestniczyły w obradach Okrągłego Stołu. Bodajże pod koniec marca 1989 w Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego odbywało się jakieś posiedzenie Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie (tak to się wówczas nazywało). Siedziałem w kuluarach ze Stefanem Bogusławskim, zawzięcie o czymś dyskutując, gdy przechodzący korytarzem Adam Michnik na mój widok powiedział coś w rodzaju: „O, Staszek, cześć, musisz koniecznie dołączyć do naszej gazety”. Niedługo potem do mojego M-4 na Ursynowie znienacka wpadł mieszkający w pobliżu Anatol Lawina (dziś ś.p.) i – jak to ujął – „w imieniu Heleny Łuczywo” zaprosił mnie na pierwsze spotkanie powstającego zespołu redakcyjnego, które odbyło się przy ulicy Stawki, w gmachu ówczesnego Wydziału Psychologii UW. Przyszło chyba ponad sto osób, a ja poczułem się nieswojo, bo to były same tuzy polskiego dziennikarstwa. Pamiętam, że siedziałem koło Maćka Iłowieckiego. Parę dni później rozpoczęliśmy pracę w przydzielonych przez władze pomieszczeniach remontowanego żłobka przy ulicy Iwickiej.

· Dlaczego odszedł Pan z „Gazety” tak szybko i dlaczego w ogóle?

– Wcale nie szybko, skoro wytrzymałem ponad rok. A dlaczego w ogóle? No cóż, byłem, i wciąż jestem, niestety, naiwnym praktykującym idealistą z zasadami. Spróbuję to wytłumaczyć.

A więc naprzód oczekiwaliśmy, że będzie to dziennik „nas wszystkich”. Pismo, w którym, po czterdziestu latach cenzury, zabierają głos ludzie prezentujący cały wachlarz poglądów demokratycznych – z prawa, z lewa i ze środka. W pierwszym numerze na pierwszej stronie uroczyście ogłoszono nawet (cytuję): Redakcja czuje się związana z „Solidarnością”, lecz zamierza przedstawiać poglądy i opinie całego niezależnego społeczeństwa, różnych opozycyjnych kierunków. Jednak już jesienią 1989 ta deklaracja zaczęła tracić aktualność, a wiosną 1990 stało się jasne, że „Wyborcza” wyraża linię tylko jednego i coraz wyrazistszego politycznie „różowego” środowiska (zainteresowanym radzę wpisać do gugli zapomniane późniejsze skróty: ROAD, UD, UW...).

Proszę zważyć, iż Michnik z konsortesami nie dostali „Gazety” na własność, lecz jedynie pod zarząd, w arendę, niczym agent podejmujący się prowadzenia restauracji. Otóż skoro miała ona wykarmić całe niezależne społeczeństwo, to dzierżawcy-monopoliście nie wolno było narzucać konsumentom żadnej konkretnej diety. Odwrotnie, poprzez bogato zróżnicowane menu winien on zaspokajać większość różnorodnych gustów. Stało się „bardzo inaczej”, wolność słowa, wolność głoszenia poglądów została w „Gazecie” szybko ograniczona, i było to strasznie przykre, jakby zdradziła pana żona czy brat...

Kroplą, która przelała miarę, była niepozorna niebieska kartka, którą w maju 1990 roku znalazłem, podobnie jak wszyscy pracownicy, w swej redakcyjnej skrytce. Helena Łuczywo i Grzegorz Lindenberg informowali, że trzej założyciele Agory – Zbigniew Bujak, Aleksander Paszyński i Andrzej Wajda – formalnie podzielili się tą spółką z szesnastoma redaktorami „Wyborczej” (tu następowały nazwiska). Natychmiast poprosiłem szefostwo o wyjaśnienie kulisów i celów tej „przekształceniowej operacji”, ale nigdy żadnej odpowiedzi nie dostałem. Dwa miesiące potem złożyłem wymówienie.

· Inni też?

– Nie. Byłem w tym odruchu samotny. Owszem, kilka lat później z zespołu wypadło jeszcze paru dziennikarzy, ale to nie oni ustąpili, tylko ich „namówiono”.

· To może Pana protestacyjnego gestu nikt nie zauważył?

– Raczej na odwrót. Wcześniej koledzy wybrali mnie na szefa redakcyjnego koła SDP, ja zaś, odchodząc, postarałem się mocno trzasnąć drzwiami. Stanisław Lem, z którym miałem honor korespondować, napisał wtedy do mnie: To pan jesteś większy kozak niż myślałem, skoro rzucił się pan z luksusowego pokładu „Gazety” w odmęty dziennikarskiego bezrobocia. A w roku 2009 pan redaktor Cezary Gmyz z „Rzeczpospolitej” z tego powodu publicznie nazwał mnie wariatem.

· ???

– Czarek poniekąd ma rację, ponieważ normalny człowiek siedziałby cicho, i później, gdy Agora weszła na giełdę, dostałby, jak inni z pierwszego zespołu, swoje marne kilka milionów dolarów. Że też ta perspektywa nie przyszła mi wtedy do głowy...

· Ile Pan miał lat w roku 1990?

– Czterdzieści dwa.

· A więc wychował się Pan i dorósł w PRL. Takim ludziom zapewne trudno było pojąć, że kapitał, akcje, giełda itp., to są zwykłe przekształcenia własnościowe.

– Wie pan, ja jestem wychowany przede wszystkim w etosie rycersko-harcerskim. Uważam, że pewne wartości są ponadustrojowe, że kraść czy kłamać nie należało ani w PRL, ani teraz. Historia „Wyborczej”, to nie były zwykłe przekształcenia własnościowe. To był klasyczny czerwony nierząd, czyli nomenklaturowe spółkowanie.

Młodszemu czytelnikowi trzeba wyjaśnić, że pod koniec lat osiemdziesiątych ludzie władzy, zwłaszcza ci z niskich i średnich szczebli, jęli się bez rozgłosu uwłaszczać majątkiem państwowym, zakładając przeważnie spółki prawa handlowego. W Solidarności nazywaliśmy je spółkami nomenklaturowymi, bo zazwyczaj tak jakoś dziwnie się składało, że ich właścicielami zostawali członkowie lokalnej nomenklatury, czyli osoby cieszące się zaufaniem komunistycznej monopartii.

· Co spółki nomenklaturowe mają wspólnego z „Wyborczą”?

– Po pierwsze: wspólną cechą jest państwowy majątek, bez którego „Gazeta” nie mogłaby ruszyć. Papier, druk, kolportaż, lokal, transport, łączność, kredyty. Te deficytowe podówczas dobra nie były osobistą własnością Jaruzelskiego czy Kiszczaka, lecz własnością całego polskiego społeczeństwa. Te dobra przy Okrągłym Stole zostały przyznane nie prywatnie redaktorom „Wyborczej”, lecz całemu społeczeństwu – a przynajmniej tym kilkunastu milionom obywateli, którzy 4 czerwca 1989 głosowali na kandydatów sfotografowanych z Wałęsą.

Po drugie: wspólną cechą jest niemoralne uwłaszczenie się tym majątkiem – po roku przez szesnastu członków kierownictwa redakcji, po następnych zaś dziewięciu latach przez stu głównych właścicieli-akcjonariuszy, których nazwiska do dziś pozostają ściśle tajne.

· Czy Pan nie przesadza? Przecież „Gazeta” powstała w wyniku pracy wieloosobowego zespołu...

– W takim razie zatrzymajmy się na chwilę, bo te fakty mają dla „Wyborczej” znaczenie tak samo fundamentalne, jak dla PRL dogmat o kierowniczej roli partii albo o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Gdy tę rolę albo ten sojusz przyjęło się  jako założenie do dyskusji, wówczas już wszystko udawało się komunistom uzasadnić. Podobnie z „Gazetą”: gdy etycznie usprawiedliwi się  zwędzony „pierwszy milion”, to tym samym zdejmuje się grzech pierworodny z wszystkich następnych dokonań Agory, ponieważ żadne takie dokonanie (złe czy dobre) nie byłoby możliwe bez kolejnych dziesiątków i setek milionów, które powstały z tego pierwszego. Nie widzę możliwości logicznego podważenia tego wywodu.

Przypomnijmy więc raz jeszcze, że na rozruch „Gazety Wyborczej” peerelowska władza dała siły, czyli prawno-polityczną zgodę, dała wspomniane środki (papier, kolportaż, druk, łączność, lokal, transport i kredyty), a także zapewniła roczny monopol. Zgłodniałe i spragnione społeczeństwo, poprzez codzienne zakupy tej duchowej witaminy, ufnie demonstrowało swoje bezcenne poparcie; w pierwszym okresie dla nowego pisma pracowały też najlepsze publicystyczne pióra. To są tzw. nagie fakty.

Zapiszmy ten bilans w postaci arytmetycznej: „GW” = siły + środki + monopol + czytelnicy + redakcja. Ile jest tych składników przyszłego fenomenalnego sukcesu medialnego? Pięć. Ale zachodzi oto znamienna asymetria: w takich cudownych, jedynych i niepowtarzalnych historycznych warunkach również słabi dziennikarze muszą odnieść sukces, natomiast grupa nawet laureatów Pulitzera (niechby i samych Michników) pozbawiona pozostałych elementów na żaden sukces nie ma żadnych szans!

Sumując: spółka Agora – powstała w unikatowych dziejowych okolicznościach na bazie majątku społecznego gigantycznej wartości – zarabia w ciągu zaledwie kilku dni czy tygodni swój przysłowiowy „pierwszy milion” („pierwsze dziesięć milionów”, „pierwsze sto milionów” –  niepotrzebne skreślić). Pieniądze te zostają w następnych miesiącach i latach mądrze rozmnożone, a powstałym w ten sposób kapitałem wartym miliard dolarów (to nie pomyłka) symboliczni dotychczas właściciele Agory uwłaszczają się najzupełniej prywatnie. Już nie twierdzą, że robią to w imieniu i dla dobra całego polskiego społeczeństwa, ale obruszają się, gdy ktoś im tę moralną grabież wytknie.

· Byli szefowie Agory Wanda Rapaczynski i Ernest Skalski mówią, że dostali to wszystko od Opatrzności. Zacytuję: To, że byliśmy we właściwym miejscu i we właściwym czasie, to jest dar od Pana Boga.

– O, widzę, że pan czytał moją książkę „Gazeta Wyborcza. Początki i okolice”.

· Właśnie jestem w trakcie lektury. Poruszającej. A nawet miejscami porażającej. 

– A co pana tak poruszyło?

· Jako dziennikarza chyba to, że o wielu opisanych tam ważnych sprawach – między innymi o tych, o których w tej chwili rozmawiamy – nie miałem dotychczas zielonego pojęcia...

– No to jest pan redaktor w dobrym towarzystwie jakichś 99,9% rodaków. To najbardziej zamilczana książka w Trzeciej Rzeczpospolitej.

· Przypuszczam, że Jerzy Robert Nowak czy Waldemar Łysiak byliby innego zdania.

– Raczy pan żartować. Nowak publikuje codziennie w prasie, radiu i telewizji księdza Tadeusza Rydzyka. Łysiaka kupi pan w każdej księgarni. Natomiast Remuszko jest wyklęty, nie wolno o nim pisać i mówić nic. Ani dobrze, ani źle. Zakaz kategoryczny dla wszystkich mediów – tych z lewa, z prawa i ze środka.

· W pluralistycznych mediach działa niewidzialna „cenzura ponad podziałami”?

– Tak.

· Jednak gdy wpiszę Pana nazwisko do gugli, zaraz pokazuje kilka tysięcy odniesień, z Pana stroną internetową na pierwszym miejscu...

– W internecie istnieję, ponieważ internet, Bogu dzięki, nie daje się cenzurować. Poza tym Pan słyszał już moje nazwisko. A ten, kto nie słyszał, co ma wpisać?

· Czy Pan wierzy w spiski?

– No to opowiem Panu o czymś, o czym jeszcze nie wie nikt. Pan jest pierwszy i ma Pan to na wyłączność.

Łatwo sprawdzić w katalogach Biblioteki Narodowej, że w 2009 roku ta moja książczyna jest jedynym w Polsce, Europie i na świecie dokumentalno-publicystycznym świadectwem narodzin i ewolucji „Gazety Wyborczej”, świadectwem budowy po Okrągłym Stole nowego układu medialnego. Chodzi zatem o ważny i nie znany kawałek naszej historii najnowszej, zrelacjonowany przez naocznego świadka faktografią i rzeczowym tonem, bez epitetów politycznych w rodzaju „czerwonych komuchów”, „solidarnościowych oszołomów”, „pachołków Moskwy czy „sługusów Michnika”. Życzliwe gwarancje poziomu i przyzwoitości tej książki dają swoimi nazwiskami Maciej Iłowiecki i Cezary Michalski

Otóż, mimo że rozeszły się już trzy jej wydania, a fiskusowi zapłaciłem podatek od sprzedanych dwudziestu tysięcy egzemplarzy – żadne, powtarzam, żadne czołowe polskie medium przez dziesięć lat nie pisnęło o niej ani słowa!

To teraz ja spytam: wierzy pan redaktor w spiski?

· ...

– Pragnąć przełamać tę medialną ciszę, próbowałem dać płatne ogłoszenie następującej treści (cytuję co do przecinka): To jest przykra lektura dla przyjaciół Adama Michnika. Prawda o „Gazecie Wyborczej”. Nieznane dokumenty. Świadkowie. Pierwszą w Polsce, Europie i na świecie książkę o „GW” i jej środowisku napisał Stanisław Remuszko. Czy masz blade pojęcie, skąd wziął się majątek Agory? Lecz zamieszczenia tego inseratu, za którego druk chciałem uiścić grube tysiące złotych, odmówiły wszystkie redakcje, m.in. „Polityka”, „Nasz Dziennik”, „Wprost”, „Gazeta Polska” i „Rzeczpospolita”.

· Dlaczego???

– Nie wiem. Ale przypuszczam, że ze strachu przed bliżej nieokreślonym odwetem. Słyszałem: „wie pan, oni mają długie ręce i dobrą pamięć, a my wolimy nie mieć kłopotów”. Zimno mi się robiło, gdy mi to mówiono lub dawano do zrozumienia, bo przeżyłem PRL i dobrze pamiętam lęk zwykłych szarych ludzi przed rzekomą wszechmocą bezpieki: „nie pójdę głosować, to paszportu nie dadzą, z pracy wyrzucą, dziecko w szkole będzie miało nieprzyjemności”. Gdy ukazał się pierwszy numer „Wyborczej” – chyba nikomu przez myśl nie przeszło, że po kilkunastu latach „Gazeta” będzie budziła podobne obawy. I to wśród dziennikarzy, a więc ludzi dobrze wykształconych, bardziej świadomych rzeczywistego stanu rzeczy, lepiej zorientowanych w świecie polityki i biznesu. Zresztą – może właśnie dlatego wśród dziennikarzy?

· Boi się Pan Agory?

– Nie. Jednak gdybym wiedział, ile to będzie mnie kosztowało czasu, nerwów i pieniędzy, to bym tego nie zrobił

· Czego?

– Równe sześć lat temu w warszawskim Sądzie Okręgowym złożyłem jednobrzmiące pozwy  przeciwko wymienionym redakcjom, żądając sądowego nakazu publikacji tego ocenzurowanego ogłoszenia. Zarazem wystąpiłem do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, do Rady Etyki Mediów, do Fundacji Helsińskiej, do Rzecznika Praw Obywatelskich, i może nawet do wszystkich świętych - z prośbą o interwencję w obronie wolności słowa.

Matko Boska, co zaczęło się dziać! Tutaj tego nie opowiem, ale mam zupełnie fantastyczny materiał na nową książkę, w zasadzie gotowy gotowiec, tylko trzeba obrobić, żeby czytało się sensacyjnie, smacznie i potoczyście. Będą gołe cytaty, będzie po nazwiskach i będzie bez litości, a na przekąskę podam czytelnikom portalu Netbird, że - uwaga, uwaga - negatywne treści na temat Adama Michnika redaktora naczelnego Gazety Wyborczej oraz wydawcy tej gazety Agory S.A. są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego, co właśnie tymi słowami orzekł na piśmie Wysoki Sąd w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej (sygn. III C 1225, sędzia przewodnicząca Agnieszka Matlak). Jeszcze lepsze są pisemne odpowiedzi REM, RPO, KH, SWS oraz SDP (wprost wierzyć się nie chce!), i w nowej książce z przyjemnością przytoczę je in extenso wraz z detalicznymi personaliami i didaskaliami.

· Jaki jest wynik tego sądowo-prasowego meczu między Remuszką a resztą świata?

 – W sierpniu 2009 wynosi prawomocne 3:3. Wygrałem z "Gazetą Polską", "Metropolem" i "Wprost", przegrałem zaś – przypomnę: przy identycznych co do kropki pozwach! – z „Naszym Dziennikiem”, "Polityką" i „Rzeczpospolitą”.

· Dlaczego ja o tym wszystkim nic nie wiem?

– Jak to? Pan, dziennikarz, redaktor, nie wie nic o tych precedensowych procesach? Pozwane czasopisma przez sześć lat nie pisnęły o nich ani słówka? A przecież ważni redaktorzy ogłosili, że Michnik upadł, "Gazeta Wyborcza" robi bokami, Agory zaś nie chroni już dotychczasowy układ...

· Co Pan zamierza zrobić z całą tą sprawą?

– Po pierwsze, zajmie się nią wkrótce Trybunał Strasburski, który zapewne odpowie na dwa pytania: co jest ważniejsze – wolność słowa czy wolność mediów, oraz jakim cudem w praworządnym państwie członkowskim UE, przy jednym i tym samym pozwie, może zapaść sześć prawomocnych wyroków wzajemnie przeciwnych.

Po drugie, w przyszłym roku, mam nadzieję, ukaże się moja nowa dokumentalno-publicystyczna książka, o której przed chwilą mówiłem. Oto jej tytuł i podtytuł: „Mafia. Medialna i sądowa ochrona Agory, Gazety Wyborczej i Michnika w Polsce w latach 2003-2009”. Opinia publiczna będzie mogła poznać dokumenty, od których jeży się włos na głowie. No, chyba że tę książkę spotka to samo skuteczne  medialne milczenie, które spotkało „Gazetę Wyborczą. Początki i okolice”...

· Nertbird będzie Panu kibicował!

        Zobaczmy naprzód, czy Netbird odważy się opublikować niniejszą rozmowę...

         

[Był sierpień 2009. Netbird się odważył. Lecz kilka miesięcy później upadł – S.R.]