Warning: fopen(files/counter-2018-11-19.txt): failed to open stream: No such file or directory in /home/remuszkolq/ftp/gw/counter.inc on line 53

Warning: fread() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /home/remuszkolq/ftp/gw/counter.inc on line 54

Warning: fclose() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /home/remuszkolq/ftp/gw/counter.inc on line 55

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /home/remuszkolq/ftp/gw/counter.inc:53) in /home/remuszkolq/ftp/gw/index.php on line 30
www.remuszko.pl - Gazeta Wyborcza -
www.remuszko.pl

List otwarty do dziennikarzy i polityków

Nadwiślański Matrix

(opis sytuacji)

W krajach uznawanych za ojczyzny wolnej prasy - we Francji, Stanach Zjednoczonych, Niemczech czy Anglii - największe publikatory doczekały się na swój temat już całych biblioteczek, zawierających także prasoznawcze prace magisterskie, a niekiedy nawet doktorskie. W dobie internetu łatwo sprawdzić, ile pozycji na temat „The Washington Post” albo CNN zawiera Biblioteka Kongresu, ile rozpraw napisano o radiu BBC lub dzienniku „Le Monde”, a także który tytuł uzbierał więcej monografii: „Time” czy „The Times”.

W Polsce najpotężniejszym medium prywatnym, takim nadwiślańskim „New York Timesem”, jest powstała w 1989 roku „Gazeta Wyborcza”. W dość powszechnej (i słusznej) ocenie, redagowany przez Adama Michnika dziennik uchodzi za bezprecedensowy fenomen medialny w całej historii światowej żurnalistyki. Jak twierdzą obserwatorzy, „Gazeta” jest jednym z najważniejszych, by tak rzec, współdemiurgów przemian politycznych w III Rzeczpospolitej. Zajmując w kwietniu 2003 wśród ogólnopolskich dzienników 51% czytelniczego rynku („Super Express” 36%, „Rzeczpospolita” 13%), „Wyborcza” pozostaje nie tylko najpopularniejszym, lecz i, siłą rzeczy, najbardziej opiniotwórczym pismem w Polsce. Wreszcie, wejście Agory na giełdę częściowo ujawniło potęgę finansową tego medialnego koncernu (kilkadziesiąt lokalnych dzienników i rozgłośni, udziały w telewizji, inwestycje w internecie); jego wartość tygodnik „Polityka” ocenia dziś (luty 2003) na ponad 2,6 miliarda złotych.

Wydawałoby się, że, po czternastu latach istnienia tak wyjątkowej i tak ważnej instytucji, opracowania zwarte na jej temat (książki, broszury, analizy, studia) zajmują przynajmniej całą półkę, a może nawet cały regalik. Otóż - nie. W maju 2003 w katalogu polskiej narodowej książnicy figuruje tylko jedna pozycja opisująca, zresztą też w jednym tylko aspekcie, narodziny i pierwsze dziesięciolecie największego ogólnopolskiego dziennika. Czy ta samotność coś znaczy, czegoś dowodzi, o czymś świadczy?

Książka nosi tytuł „Gazeta Wyborcza. Początki i okolice”. Jestem jej autorem.

Pierwsze wydanie tego niewielkiego (220 stron) dokumentalno-publicystycznego tomiku ukazało się na przełomie 1999 i 2000 roku. W ciągu dwóch miesięcy sprzedano (według ksiąg podatkowych) 10 000 egzemplarzy. Książka zajęła pierwsze miejsce na liście bestsellerów w dziedzinie literatury faktu. Mimo to o jej zaistnieniu (nie chodzi o recenzje) nie powiadomiły swoich czytelników, radiosłuchaczy i telewidzów prawie żadne czołowe polskie media. Personalno-redakcyjne szczegóły tej znamiennej ciszy - a także braku reakcji społecznych mechanizmów bezpieczeństwa - znaleźć można na stronach 238-244 drugiego (uzupełnionego) wydania, które zostało wydrukowane w połowie marca 2003.

Jak w ostrzegawczym artykule wskazywał niedawno Ryszard Bugaj, dramat dla wolności słowa zaczyna się nie wtedy, gdy jedne media jakąś sprawę nagłaśniają, inne zaś ją przemilczają, lecz wtedy, gdy zdecydowana większość mediów to samo nagłaśnia i to samo przemilcza. Właśnie z taką sytuacją - odnoszącą się do książki „Gazeta Wyborcza. Początki i okolice” - mieliśmy do czynienia przed trzema laty. Najnowsze wydarzenia dowodzą, iż w ciągu tych trzech lat w polskiej demokracji (IV władza) nastąpiły wyraziste zmiany na gorsze. W początkach 2000 roku „tylko” nie informowano czytającego społeczeństwa o istnieniu książki. W początkach 2003 roku seryjnie odmawiano druku płatnych ogłoszeń, które o jej istnieniu miały informować.

W świecie wolnego słowa redakcje nie ponoszą odpowiedzialności za treść płatnych ogłoszeń. W świecie wolnego słowa można odmówić druku takiego anonsu tylko wtedy, gdy jego treść narusza prawo karne lub tzw. normy obyczajowe (ewentualny spór „narusza” - „nie narusza” rozstrzyga sąd). Wszelkie inne ingerencje w tekst inseratu lub odmowa jego zamieszczenia z definicji nazywają się CENZURĄ. Nie znam czynności bardziej hańbiącej i bardziej dyskredytującej dziennikarza niż cenzurowanie.

W Rzeczpospolitej Polskiej cenzura nie tylko ma negatywną konotację moralną, lecz także jest surowo zakazana przez prawo (artykuł 54 Konstytucji).

W marcu 2003 roku do anonimowego grona zasłużonych cenzorów PRL doszlusowali redaktorzy naczelni następujących pism (w kolejności alfabetycznej): Jerzy Baczyński („Polityka”), Marek Chyliński („Dziennik Zachodni” - największa gazeta regionalna), Aleksander Korab („Metropol” - gazeta rozdawana w warszawskim metrze), Marek Król („Wprost”), Maciej Łukasiewicz („Rzeczpospolita”), Ewa Sołowiej („Nasz Dziennik”), Piotr Wierzbicki („Gazeta Polska”), Tomasz Wróblewski („Newsweek”) i Marek Zagórski („Życie Warszawy”).

Wszyscy oni odmówili druku niewielkiego płatnego ogłoszenia (cena takiego anonsu wynosi - w zależności od pisma, miejsca w piśmie oraz daty - od tysiąca do kilku tysięcy złotych).

Odmowę uzasadniano poniekąd dwojako. W pierwszym przypadku w ogóle nie podawano motywów, a próby dowiedzenia się, o co chodzi, kwitowano mniej więcej taką odpowiedzią: „Jesteśmy medium prywatnym i nikomu nie musimy tłumaczyć się ze swoich decyzji”. Jedyną racjonalną przyczyną „odmów I rodzaju” - wypływającą z jakiejś wspólnoty interesów? porozumienia ponad podziałami? - wydaje się chęć ochrony stereotypowego autoportretu Adama Michnika i „Gazety Wyborczej”, wobec których książka jest wysoce krytyczna.

Drugim powodem był strach przed bliżej nie określonym odwetem Agory („wie pan, oni mają długie ręce i dobrą pamięć, a my wolimy nie mieć kłopotów”). Zimno mi się robiło, gdy mi to mówiono lub dawano do zrozumienia, bo przeżyłem PRL i dobrze pamiętam lęk zwykłych szarych ludzi przed rzekomą wszechmocą bezpieki: nie pójdę głosować, to paszportu nie dadzą, z pracy wyrzucą, dziecko w szkole będzie miało nieprzyjemności... Gdy w maju 1989 roku ukazał się pierwszy numer „Wyborczej” - chyba nikomu przez myśl nie przeszło, że po czternastu latach „Gazeta” będzie budziła podobne obawy. I to wśród dziennikarzy, a więc ludzi dobrze wykształconych, bardziej świadomych rzeczywistego stanu rzeczy, lepiej zorientowanych w świecie polityki i biznesu. Zresztą - może właśnie dlatego wśród dziennikarzy?

To odkrycie wciąż pozostaje dla mnie szokiem. Sam nie boję się Agory, ale - jako obywatel - ogromnie bałbym się społecznego, a zwłaszcza medialnego strachu przed nią...

W tej książce nikt nie przeklina, nie ma w niej erotycznych scen, szpiegowskich afer ani gangsterskich porachunków - głosi umieszczony na okładce fragment recenzji. Dodajmy, że nie ma tam również żadnych tzw. epitetów politycznych („czerwonych komuchów”, „solidarnościowych oszołomów”, „starych esbeków” „prawicowych ekstremistów” ani „pachołków Moskwy”). Nie ten styl. Nie ten język.

O czym w takim razie jest ta książka? To przede wszystkim autorski reportaż z narodzin i wczesnego dzieciństwa „Gazety Wyborczej”. Autorski - więc z pewnością osobisty, subiektywny i nie wyczerpujący tematu. Ale to akurat jest jasno powiedziane we wstępie, komentarze są typograficznie oddzielone od komunikatu, a cytowane teksty i reprodukowane dokumenty ukazują fakty i wydarzenia zapomniane, przemilczane lub wręcz skrywane przed środowiskową opinią. Nie bez powodu hasło reklamowe (patrz niżej) brzmiało: Prawda o „Gazecie Wyborczej”. Nieznane dokumenty. Świadkowie...

Jeśli dodać, że - w epilogu książki - życzliwe gwarancje jej poziomu i przyzwoitości dają swymi nazwiskami Maciej Iłowiecki i Cezary Michalski - to może przyczyną odmowy druku inkryminowanej reklamy była sama jej treść? No to popatrzmy:

„To jest przykra lektura dla przyjaciół Adama Michnika...”

Prawda o „Gazecie Wyborczej”
Nieznane dokumenty. Świadkowie.

Pierwszą książkę o „Gazecie Wyborczej” i jej środowisku
napisał Stanisław Remuszko - niegdyś publicysta „GW”
od lat dziennikarz niezależny

„Czy masz blade pojęcie, skąd wziął się majątek Agory?”

Tę liczącą 264 strony ilustrowaną książkę można w ciągu kilku dni dostać pocztą do domu
za pobraniem (30 zł), albo po wpłaceniu (25zł) Zamówienia: tel./fax (0-prefix-22 641-7190 lub 648-1948),
e-mail () lub listownie
(Stanisław Remuszko, Dunikowskiego 8, 02-784 Warszawa). Pieniądze należy przekazywać pocztą pod tym samym adresem.

Zamówienia hurtowe: Adam Borowski, wydawnictwo „Volumen”, tel. (0-22) 616-2185, fax (0-22) 616-0632, e-mail:

P.T. Czytelnik zechce sam orzec, czy w tym płatnym ogłoszeniu - cokolwiek jest sprzeczne z prawem lub moralnością.

Odpowiedzmy teraz na pytanie, gdzie należy zamieścić reklamę, aby dotrzeć do jak największej liczby zainteresowanych odbiorców? Najlepiej w telewizji (prywatnej czy publicznej, wszystko jedno). Szkopuł w tym, że taka reklama kosztuje przynajmniej tyle, ile nakład książki pomnożony przez jej cenę detaliczną. Pozostaje zatem prasa. Ale nie każda, bo przecież trudno oczekiwać, aby dokumentalno-publicystyczna opowieść o kulisach powstania medialnego imperium specjalnie zaciekawiła amatorów poczytnej „Przyjaciółki”, „Detektywa”, „Gazety Prawnej”, „Gościa Niedzielnego”, „Teletygodnia”, „Dziennika Sportowego” czy „Świata Nauki”. Tak naprawdę, wydawanie tysięcy złotych na reklamę tego typu lektury ma sens jedynie w odniesieniu do wielkich krajowych pism ogólnoinformacyjnych.

Na co dzień mało kto zdaje sobie sprawę, że takich pism w całej Polsce jest zaledwie sześć. Wśród dzienników, ponad 90% rynku mają de facto „Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” (badania wykazały, że czytelników bulwarowego „Super Expressu” tematyka moralno-polityczna niewiele obchodzi), a wśród tygodników te same ponad 90% należy, prawie po równo, do „Wprost”, „Polityki” i „Newsweeka” oraz „Nie”. Tylko dla porządku przypomnę, że wszystkie one („Wyborczą” oraz „Nie” ze zrozumiałych względów wyłączając) odmówiły druku powyższego płatnego ogłoszenia. Podobnie negatywny rezultat dała sondażowa próba zamieszczenia inseratu w czołowych tytułach prasy regionalnej („Dziennik Zachodni” - Śląsk, „Życie Warszawy” - Mazowsze). Ze strachu przed Agorą (bo jak inaczej to wytłumaczyć?) zawartą już umowę o druk reklamy zerwało, oddając pospiesznie tysiąc złotych, kierownictwo redakcji „Naszego Dziennika”, uchodzącego za ideowego przeciwnika „Gazety Wyborczej”...

Odrzućmy teraz - na użytek tych rozważań - tezę o powszechnym obowiązku druku niesprzecznych z prawem i obyczajnością płatnych ogłoszeń, i zadajmy proste rzeczowe pytanie: w jaki sposób informacje i opinie o społecznie ważnych faktach, zjawiskach i wydarzeniach mają docierać do wolnych obywateli wolnego kraju?

Oto powstała dokumentalno-publicystyczna książka, która krytycznie opisuje początki budowy sławnej Agory, najpotężniejszego dziś w bodaj całej Europie narodowego koncernu medialnego. Filar tego imperium - „Gazeta Wyborcza” - ma tak wielkie wpływy polityczne, że jej redaktor naczelny często bywa nazywany polskim wiceprezydentem. Relacje i faktografia przedstawione w książce nie są znane szerszej opinii publicznej. Pytam: jak dotrzeć z tą wiedzą do odbiorcy? Lub skromniej: jak przekazać obywatelom przynajmniej samą informację o istnieniu książki, która taką wiedzę zawiera?

W normalnym demokratycznym kraju robi się to za pośrednictwem mediów, które - zależnie od atrakcyjności tematu - dają naprzód krótkie doniesienia o samej edycji albo od razu zamieszczają recenzje (życzliwe, neutralne czy miażdżące - wszystko jedno). W Polsce już w 2000 roku coś z normalnością lub demokracją musiało być nie tak, skoro fakt ukazania się pierwszej (w ogóle) książki o „Gazecie Wyborczej” został przez media, jak wspomniałem, solidarnie przemilczany. Trzy lata później, gdy tak potraktowany autor próbował złamać tę blokadę przy pomocy płatnych ogłoszeń, pisma zajmujące ponad 90% rynku równie solidarnie odmówiły druku inseratów.

Przykro rzec, ale w moim państwie znów skutecznie działa - choć nieoficjalnie i w demokratycznych szatach - peerelowskie Ministerstwo Prawdy.

Jak temu zaradzić? Nie wiem. Ale jako obywatel i jako dziennikarz biję na alarm.

Oto co o sławetnym, prawie półrocznym milczeniu mediów na temat tzw. afery Rywina powiedziano w Sejmie (cytuję stenogram): Nie jest prawdą, że koncern Agora nie poinformował o sprawie Rywina w „Gazecie Wyborczej". Koncern Agora nie poinformował o sprawie Rywina również w 27 rozgłośniach regionalnych swojego radia, które posiada, które stanowią 37,5% dotarcia do Polaków. Nie poinformował również w Tok FM, które jest radiem, które powinno być radiem stworzonym do przekazywania informacji. W dziewięciu największych miastach to radio funkcjonuje. Nie poinformował również w 15 pismach-magazynach, których jest właścicielem. Nie poinformował również nas na tablicach outdooru, który posiada. Nie poinformował nas również na swojej platformie internetowej. A jakby miał jedną ogólnokrajową stację telewizyjną, to by poinformował, czy by nie poinformował? A jakby miał jedną z dwóch ogólnopolskich komercyjnych stacji radiowych, to by poinformował, czy by nie poinformował? A jakby koncern Agora posiadał ważną dla kraju informację - chociaż ta o Rywinie okazała się też ważna - i by się pomylił, źle ocenił jej wartość albo coś chciał załatwić koncern Agora, to dobrze dla kraju, gdyby posiadał wszystkie te media ten koncern, czy nie? Bo ja uważam, że nie...

Pan Czarzasty może budzić różne emocje, jednak - na zdrowy rozum - w tym przypadku bardzo trudno odmówić mu słuszności. Ale jest gorzej niż pan Czarzasty tu antycypuje. Opisane wyżej fakty i wydarzenia jasno dowodzą, iż „Gazeta Wyborcza” JUŻ otoczyła się medialną sferą ochronną, która skutecznie uniemożliwia dotarcie z krytyką Agory do 90% czytającego społeczeństwa! Uważam ten stan rzeczy za groźny dla polskiej demokracji.

23 maja 2003 roku odbędzie się nadwiślańska premiera drugiej części słynnego filmu „Matrix”. Film zdobył przed czterema laty cztery Oskary i ogromną popularność z dwóch powodów: z uwagi na niezwykłe efekty specjalne oraz ze względu na doniosłe społeczne przesłanie. Świat Matrixu (stworzony przez media przyszłości?) jest złudą, a jego mieszkańcy - ludzie tacy jak my - nie zdają sobie sprawy z fikcji, w której przyszło im żyć. Jak odróżnić jawę od snu, prawdę od fałszu, a dobrą monetę od złej, skoro wszystko jest pod informacyjną kontrolą? Film nie daje prostej odpowiedzi na to pytanie. Nie kończy się klasycznym happy-endem.

Matrix nadchodzi? Nie, on już tu jest.

Stanisław Remuszko
www.remuszko.pl

Warszawa, 13 maja 2003