www.remuszko.pl Sakiewicz

Warszawa, 4 września 2005

WSzPaństwo Udziałowcy, było tak:

W czwartek 28 lipca 2005 o 9.00 w sali numer 2 warszawskiego Sądu Apelacyjnego miała odbyć się rozprawa w procesie przegranym przez "Gazetę Polską" w I instancji. Jednak parę dni wcześniej, z inicjatywy pana mecenasa Andrzeja Hermana, doszło do ugody, i wraz z Włodkiem Kuligowskim poinformowaliśmy sąd, że dwuletni spór został zakończony. Przypomnę, że w czerwcu 2003 złożyłem pozew przeciwko Piotrowi Wierzbickiemu o nakazanie zamieszczenia płatnej reklamy mojej książki pt. "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice." (szczegóły znajdują się na stronach 46-50 "Kobiałki").

Włodek Kuligowski, którego kiedyś poznałem bodaj u Janka Parysa, i którego nie widziałem całe wieki, okazał się być świeżo mianowanym prezesem zarządu Niezależnego Wydawnictwa Polskiego. Po wyjściu z sądu poszliśmy na kawę, a potem jeszcze kilka razy gawędziliśmy o "Gazecie Polskiej". Pan prezes bardzo żalił się na kłody rzucane pod nogi oraz opór materii, a w kolejnej rozmowie wyjawił, iż dla usunięcia przeszkód i wyjaśnienia sytuacji zamierza wkrótce zwołać posiedzenie zarządu NWP z udziałem udziałowców. Zaproponowałem mu wówczas, że napiszę list, w którym zaapeluję do patriotycznych sumień i wezwę do pospolitego ruszenia w obronie i dla wsparcia odnowionej "Gazety Polskiej", a przy okazji źródłowo poinformuję udziałowców o brzydkim dołączeniu Piotra Wierzbickiego do grona zasłużonych cenzorów PRL oraz o innych okolicznościach całej tej niesłychanej sprawy, o której do dziś mało kto w Polsce wie.

Włodek zgodził się i w czwartek 11 sierpnia (daty zaczynają być ważne) odebrał, wedle życzenia, około dwudziestu egzemplarzy listu oraz tyleż "Kobiałek" z moją własnoręczną dedykacją - informując, że on dołoży do tego własne przesłanie i całość zaraz wyśle do Adresatów. Co i zrobił, a wiem to stąd, że zaraz po Matce Boskiej Zielnej kilkoro udziałowców skontaktowało się ze mną. Przypuszczam również, że zapowiadane zebranie odbyło się - ale pewności nie mam, bo żadne wieści na ten temat do mnie nie dotarły.

Mimo że znałem zastrzeżenia Włodka do rozmaitych konkretnych osób, w swym liście o tym nie wspomniałem, nie chcąc włączać się do personalnej rozgrywki po żadnej ze stron oraz pragnąc dochować wierności dziennikarskiej zasadzie audiatur et altera pars. W paru słowach wyraziłem natomiast własną prywatną wątpliwość wywołaną niezwykłym rozdwojeniem moralnym, które red. Tomasz Sakiewicz zademonstrował czytelnikom "Gazety Polskiej" 15 czerwca 2007, w obszernej autorskiej relacji z "zamachu stanu".

A potem przyszło mi do głowy, że przecież trzymam w ręku gotowy artykuł, ważny "głos w sprawie", który warto opublikować (oczywiście bez krytycznego wobec Sakiewicza postscriptum). Dodałem tylko tytuł "Drugie narodziny" i wysłałem tekst do redakcji, gdzie najwyraźniej się spodobał, bo go zaraz zamieścili (numer z 17 sierpnia). I wtedy zaczęły się schody.

Najpierw (18 sierpnia) zadzwoniła zdenerwowana pani sekretarz Małgorzata Łętowska, pytając, czemu nie dałem do druku postscriptum, o którym w redakcji "jest teraz głośno". Temu, proszę pani, odparłem, że to ja jestem autorem tekstu, i to ja - nikt inny! - decyduję, co chcę przekazać czytelnikom, a tych nie chciałem mieszać w trwające w "GP" przepychanki. Dopiski te były przeznaczone tylko do oczu ludzi, którzy są władni decydować o przyszłości pisma. Rozumiem, mówi pani Małgorzata, a czy moglibyśmy to postscriptum zobaczyć? Trochę się zdziwiłem, że "jest głośno" o czymś, czego nie widziano, ale dobrze, mówię, przecież żadna tajemnica, zaraz to do pani wyślę pocztą internetową (co i zrobiłem o godzinie 18.19; ach, te komputery, wszystko rejestrują!). Niespełna godzinę później (o 19.10; ach, te komórki, wszystko rejestrują!) zatelefonował do mnie członek zarządu NWP pan Janusz Miernicki, oznajmiając, że jako udziałowiec dostał niedawno mój list, i chętnie by się spotkał, żeby pogadać o "Gazecie Polskiej", i żebym koniecznie do "Gazety" pisał, a pan Sakiewicz jest teraz dla redakcji jedyną deską ratunku. Odrzekłem, że z przyjemnością porozmawiam przy małej czarnej, ale raczej dopiero we wrześniu, bo jutro wyjeżdżam na tydzień na Mazury. I wyjechałem.

Na Mazurach napisałem umówiony wcześniej z panią Małgorzatą Łętowską tekst o sondażach wyborczych i zaraz po powrocie do Warszawy (w poniedziałek 29 sierpnia o 10.12) posłałem go do redakcji. Po czym poszedłem do kiosku, kupiłem "Gazetę Polską" z datą 24 sierpnia, i ze zdumieniem przeczytałem drugostronicowy komentarz pana Sakiewicza, w którym napisał on o mnie czystą żywą nieprawdę. Lecz nie był to koniec moich zdziwień, bo o 14.55 zadzwoniła pani, która przedstawiła się jako Katarzyna Hejke i powiedziała tak: "Z przyczyn, których może pan się domyślać, rezygnujemy ze współpracy z panem. Żaden pana tekst na łamach "Gazety Polskiej" już się nie ukaże. To wszystko". I odłożyła słuchawkę.

A w następnym numerze "Gazety Polskiej", tym z okazji XXV rocznicy "Solidarności", pan redaktor Tomasz Sakiewicz dał na drugiej stronie ideowy komentarz, w którym czytamy (po przetarciu oczu): Zniesienie cenzury, które było jednym z największych sukcesów "Solidarności", nic by nie dało, gdyby cenzura nie zaczęła znikać z głów dziennikarzy. Łatwo cierpieć za słuszne poglądy, dużo trudniej tolerować te, z którymi nie do końca się zgadzamy. Ale tylko to drugie daje pełną wolność. (...) Prawda bowiem potrzebuje konfrontacji, nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się pewne i bezbłędnie ustalone.

W czasach PRL krążył dowcip o facecie, który przychodzi do psychiatry i mówi: panie doktorze, mam roztrojenie jaźni. - Chyba rozdwojenie? - Nie, nie, roztrojenie, bo ja inaczej myślę, inaczej mówię i inaczej robię. - Niech pan idzie do innego lekarza, bo ja komunistów nie leczę.

Tak zakończyła się moja druga przygoda z Piotrem Wierzbickim, przepraszam, z Tomaszem Sakiewiczem.

Pozdrawiam Państwa serdecznie, życząc Im oraz "Gazecie Polskiej" wszystkiego dobrego.

Stanisław Remuszko

wróć do strony głównej

Odwiedzono 3568 razy