www.remuszko.pl 07.02.08

Powód:                                                               Warszawa, 13 sierpnia 2007

Stanisław Remuszko

Dunikowskiego 8

02-784 Warszawa

 

Pozwany:

Wydawca „Rzeczpospolitej”

Presspublica sp. z o. o.

Plac Starynkiewicza 7/9

02-015 Warszawa

 

                                                                   Sąd Apelacyjny

                                            w Warszawie

 VI  ACa  605/07                                       Plac Krasińskich 2

                                                                   00-207 Warszawa

 

 

P i s m o     p r o c e s o w e

 

Zazwyczaj nie trafia się taka gratka, bo od kasacyjnej decyzji Sądu Najwyższego odwołania nie ma i polemizować z takim wyrokiem wprawdzie każdy może - ale, że tak powiem, tylko sobie a muzom, nie na dalszy procesowy użytek.

Tu jest inaczej, bo Sąd Okręgowy, od którego wyroku została złożona apelacja, powołał się na takie właśnie nieodwołalne orzeczenie SN (I CSK 376/06). Skoro tak, to pragnę przedstawić Wysokiemu Sądowi Apelacyjnemu kontrargumenty na ten temat, które właśnie przyszły mi do głowy.

Ś.p. Stanisław Lem w swej genialnej „Arcywizji” napisał, że - cytuję z pamięci - przerobić nazwy, określić inaczej, udowodnić i uargumentować da się dosłownie WSZYSTKO, tylko trzeba się przyłożyć. Do uzasadnienia swego wyroku Sąd Najwyższy przyłożył się więcej niż bardzo, bez dwóch zdań, i nawet po powtórnej lekturze tych dziesięciu klarownych stronic ujętych w piękne okresy czytelnik nadal czuje się trochę onieśmielony erystyczno-jurystyczną spójnością argumentacji i niemal przekonany do finałowej słuszności wywodu. Trzeba wtedy odłożyć ten Sarumanowy tekst do następnego dnia i dobrze się wyspać, a rano, ze świeżym umysłem, łatwiej dostrzec zasadniczą lukę uzasadnienia, jego, by tak rzec, dziurę główną.

Przepraszam tych, którzy mnogie akta sprawy czytali starannie i skrupulatnie, ale muszę w tym miejscu jeszcze raz zadać NAJWAŻNIEJSZE (proste i rzeczowe) pytanie: w jaki konkretny sposób informacje i opinie o społecznie ważnych faktach, zjawiskach i wydarzeniach mają docierać do wolnych obywateli wolnego kraju? Jak przekazać taką wiedzę odbiorcom? Lub skromniej: jak przekazać przynajmniej samą informację o istnieniu książki, która taką wiedzę zawiera?

W normalnych starych demokracjach robi się to za pośrednictwem mediów, które - zależnie od atrakcyjności tematu - dają naprzód krótkie doniesienia o samej edycji, albo od razu zamieszczają recenzje (życzliwe, neutralne czy miażdżące - wszystko jedno). Sęk w tym, że w Polsce ten podstawowy mechanizm nie działa!!! Gdy w grudniu 1999 ukazało się pierwsze wydanie „Gazety Wyborczej. Początków i okolic” - PIERWSZEJ W OGÓLE (w Polsce, Europie i na świecie) książki o fenomenie koncernu Agora - fakt ów zbojkotowały wszystkie czołowe media, co zostało z detalami (nazwiska, daty, tytuły) opisane na stronach 227-228 obecnego trzeciego wydania.

Dziś każdy redakcyjny praktykant powie Wysokiemu Sądowi Apelacyjnemu, że wówczas, na przełomie stuleci, Adam Michnik wraz z „Gazetą Wyborczą” właśnie osiągał szczyt swoich wpływów w nieformalnym układzie władzy, jaki wykształcił się w Trzeciej Rzeczpospolitej. Ze szczytu tego miał runąć dopiero trzy lata później, wskutek tzw. afery Rywina (szczegóły - str. 332-336), ale wtedy, w roku 2000, był pod absolutną ochroną wszystkich liczących się nad Wisłą sił politycznych i publicznych - ze szczególnym uwzględnieniem mediów. Innymi słowy, droga naturalna - poprzez media - okazała się w tym wypadku praktycznie zamknięta. Tego skutecznego szlabanu Sąd Najwyższy raczył jednak „jakoś” nie zauważyć - mimo że pokazywałem go palcami.

Skoro media „same z siebie” - nie, to jakie pozostają sposoby na przekazanie komunikatu liczniejszej grupie społecznej? Tylko płatna reklama. Powtórzmy to z naciskiem: tylko. Tylko i wyłącznie. Nie ma innych sposobów, proszę Wysokiego Sądu Apelacyjnego.

Gdzie należy zamieścić reklamę, aby dotrzeć do jak największej liczby zainteresowanych odbiorców? Najlepiej w telewizji (prywatnej czy publicznej - wszystko jedno). Szkopuł: jednorazowa króciutka reklama w telewizji kosztuje przynajmniej tyle, ile nakład książki pomnożony przez jej cenę detaliczną. Szaremu autorowi pozostaje zatem prasa, ale nie każda, bo przecież trudno oczekiwać, aby dokumentalno-publicystyczna opowieść o kulisach powstania unikatowego medialnego imperium (fragment polskiej historii najnowszej) zaciekawiła amatorów poczytnej „Przyjaciółki”, „Detektywa”, „Teletygodnia” czy „Świata Nauki”. Tak naprawdę, wydawanie tysięcy złotych na reklamę tego typu „literatury” ma sens jedynie w odniesieniu do wielkich krajowych pism ogólnoinformacyjnych.

Na co dzień mało kto zdaje sobie sprawę, że w roku 2003 takich pism w całej Polsce było zaledwie sześć. Wśród dzienników 90% rynku miały „Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” (badania wykazały, że czytelników bulwarowego „Super Expressu” tematyka ideowo-moralno-polityczna mało obchodzi), a wśród tygodników te same ponad 90% należało, prawie po równo, do „Wprost”, „Polityki”, „Newsweeka” i „Nie”. Tylko dla porządku przypomnę, że wszystkie one („Wyborczą” i „Nie” ze zrozumiałych względów wyłączając) zgodnie odmówiły druku płatnego ogłoszenia, o które toczy się proces. Podobnie negatywny rezultat dała próba zamieszczenia inseratu w czołowych tytułach prasy regionalnej („Dziennik Zachodni” - Śląsk, „Życie Warszawy” - Mazowsze). Ze strachu przed Agorą - bo jak inaczej to racjonalnie wytłumaczyć? - zawartą już umowę o druk reklamy zerwał „Nasz Dziennik”, uchodzący za ideowego przeciwnika „Gazety Wyborczej”; zamieszczenia inseratu bojaźliwie odmówiła również nawet „Gazeta Polska”...

Tymczasem dla Sądu Najwyższego to wszystko się nie zdarzyło. Było? Nie było! Niczym u Orwella: non-event. Przez trzy i pół roku piszę, wyliczam, pokazuję na widelcu, oświetlam reflektorami, procesowo dokumentuję - a sąd na to jak na lato. Przesadzam? To posłuchajmy (str. 8 złotoustego uzasadnienia): Z tego rodzaju [monopolistyczną, dominującą] sytuacją nie mamy do czynienia na rynku prasy. Państwo spełniło obowiązek zapewnienia pluralizmu prasowego i obowiązek przeciwdziałania praktykom monopolistycznym. Świadczy o tym funkcjonowanie na prasowym rynku wydawniczym tytułów o różnorodnej linii programowej, prezentujących różne idee społeczne, gospodarcze, polityczne, światopoglądowe itd.

Nie pierwszy raz w tym procesie mam wrażenie, że śnię: rzeczywistość sobie, a sąd sobie. Jak można przejść do porządku dziennego nad faktem, że wszystkie te tytuły o RÓŻNOrodnej linii programowej, prezentujące RÓŻNE idee, odmówiły druku reklamy SOLIDARNIE, ZGODNIE i JEDNOLICIE?

Paląc Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek, Sąd Najwyższy w następnym akapicie dopuszcza wprawdzie możliwość lokalnego występowania praktyk monopolistycznych (pozycji dominującej) i uznaje, że dla korygowania tego rodzaju sytuacji wystarczą ogólne zasady prawa cywilnego oraz ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów, lecz z tego swojego uznania nie czyni żadnego użytku, o żadnej zbiorowej cenzurze nawet słyszeć nie chce - a skoro jej nie było, to brak również cywilnego i konkurencyjno-konsumenckiego powodu, by kasację uwzględnić. Czyż nie tak?

Podsumujmy ten wątek, powtarzając raz jeszcze kluczowe początkowe pytanie (w jego minimalistycznej wersji): jak przekazać obywatelom informację o istnieniu jakiejś książki? Wiemy, bo sprawdziliśmy w praktyce, że pluralistyczne media „same z siebie” nie chcą tego zrobić; wiemy, bo sprawdziliśmy w praktyce, że płatna reklama też nie wchodzi w rachubę. W tej zupełnie niezwykłej sytuacji nadawca komunikatu liczy na swoje demokratyczne państwo i jego prawo urzeczywistniające społeczną sprawiedliwość - ale tę ostatnią nadzieję odbiera mu ostatecznie (po prawie czterech latach procesowych bojów) organ tego państwa, czyli Sąd Najwyższy, od którego decyzji formalnie nie ma odwołania!

Co, tak naprawdę, stało się osiemnastego stycznia dwa tysiące siódmego roku przy stołecznym Placu Krasińskich? Odpowiadam: tego dnia najwyższy polski sąd - dając pierwszeństwo wolności gospodarczej przed wolnością słowa oraz niekorzystnie dla zwykłych obywateli interpretując prawo prasowe - oficjalnie wsparł (domknął, uszczelnił) system oligarchii medialnej, w którą ipso facto od dłuższego czasu przekształca się ustrój naszego państwa. Konstytucja przyjęta przez naród dziesięć lat wcześniej określiła wprawdzie ów ustrój całkiem inaczej (po monteskiuszowsku), ale nic nie jest wieczne, dziesięć lat temu nie było w Polsce internetu, komórek ani Unii Europejskiej, więc ustrój też może się zmieniać...

Lecz może Sąd Najwyższy był na musiku? Może nie mógł orzec inaczej? Może Konstytucja RP, traktaty międzynarodowe oraz ustawy nie pozostawiły sądowi żadnej furtki, żadnego pola manewru? A skądże, jest akurat na odwrót, co jasno powiedziano po ogłoszeniu wyroku, a potem w równie jasno napisano w uzasadnieniu. Streszczając: w sprawie enumeratywności art. 36 ust. 4 juryści są podzieleni, można orzec tak i można siak, a my - sędziowie Józef Frąckowiak, Henryk Pietrzkowski i Grzegorz Misiurek - wyrokujemy akurat następująco...

Pewność siebie (eufemizm) - zademonstrowana przez wymienioną trójkę sędziów w tak specyficznej, bezprecedensowej sytuacji - budzi moje czysto obywatelskie obawy również z tego powodu, iż w efekcie tego niezwykłego orzeczenia stan procesowego meczu o wolność słowa między Remuszką a resztą świata wynosi obecnie prawomocne 3:2 dla Remuszki. W polskim prawie nie istnieją procedury, podług których dałoby się zmienić korzystne dla mnie (czytaj: dla społeczeństwa i demokracji) wyroki w sprawach przeciwko „Gazecie Polskiej”, „Metropolowi” i „Wprost”. Zarazem w sprawach przeciwko „Polityce” i „Naszemu Dziennikowi” obowiązują wyroki diametralnie odwrotne. Przypomnę, że są to rezultaty wieloletnich procesów w merytorycznie jednej i tej samej sprawie, bowiem 12 czerwca 2003 w warszawskim Sądzie Okręgowym przeciwko wymienionym redakcjom zostały złożone pozwy JEDNOBRZMIĄCE! To właśnie takie smutne paradoksy - fatalnie wpływające na autorytet całego wymiaru sprawiedliwości - miał na myśli prof. Gardocki, gdy niedawno publicznie wskazywał na konieczność ujednolicenia orzecznictwa SN.

No cóż... Pragnę wierzyć, iż Wysoki Sąd Apelacyjny nie podzieli poglądu Sądu Najwyższego w wyżej wymienionym konkretnym składzie w wyżej wymienionej konkretnej sprawie o sygnaturze I CSK 376/06, i spojrzy na spór zupełnie inaczej. Jak? Na przykład tak: wolność gospodarcza (prasy) nie ma prymatu przed wolnością słowa (wypowiedzi), formalny pluralizm mediów nie wyklucza faktycznego stosowania przez nie zbiorowej nieformalnej cenzury (co zostało podczas procesu wykazane czarno na białym), i właśnie dlatego od generalnej zasady („żadne medium nie ma obowiązku zamieszczania czegoś, na co nie ma ochoty”) istnieje wyjątek w postaci (ustalonego ze względu na ważny interes publiczny) ustawowego przymusu publikowania takich reklam i ogłoszeń, które nie są sprzeczne ani z prawem, ani z zasadami współżycia społecznego, ani z charakterem pisma, ani z jego linią programową. Dixi!

Uważam, że sędziowie - przy całej swej niezawisłości - nie przestają być polskimi obywatelami; że dobro Rzeczpospolitej, której przysięgli wierność, nie przestaje być dla nich najwyższym prawem; że I prezes SN pan profesor Lech Gardocki, którego znam i szanuję, myli się, gdy głosi (przytaczam za „Gazetą Wyborczą”): Nie można wzywać Sądu Najwyższego do kierowania się przy orzekaniu racją stanu czy interesem narodowym. Taki apel jest bowiem wezwaniem do łamania prawa. Uważam, że w tym sporze rację ma prezydent RP Lech Kaczyński, który niejako w odpowiedzi podnosi, że nikt nie wzywa do łamania prawa, ale jeśli istnieją szerokie możliwości interpretacyjne, trzeba w sędziowskim rozumie i sumieniu mieć wzgląd nie tylko na gołe przepisy, lecz również na pozostające w ich tle patriotyczne imponderabilia, czyli przede wszystkim interes obywateli. A jak mawia nestor polskich dziennikarzy redaktor Ernest Skalski (jeden z ojców „Gazety Wyborczej”): Nieszczęście z cenzurą polega nie na tym, że dziennikarze czegoś nie napiszą, nie powiedzą i nie pokażą, lecz na tym, że obywatele czegoś nie przeczytają, nie usłyszą i nie zobaczą.

Wysoki Sąd Apelacyjny rozpatruje szóstą TAKĄ SAMĄ sprawę. Jak sprawić, by jej rozstrzygnięcie wzmocniło, a nie osłabiło spójność polskiego orzecznictwa - to już na szczęście nie mój kłopot. Pozwolę sobie jednak w tym miejscu wyrazić pogląd, że o zmianie ustroju państwa powinien referendalnie decydować raczej jego kilkudziesięciomilionowy Suweren, ewentualnie kilkusetosobowe Zgromadzenie Narodowe, a nie trzech najwybitniejszych nawet sędziów SN. Być może potrzebna tu będzie uchwała Sądu Najwyższego lub którejś jego izby w pełnym lub powiększonym składzie (o takiej ewentualności dowiedziałem się przed chwilą z internetowej strony www.sn.pl). Wierzę, że w tej kwestii warszawski Sąd Apelacyjny podejmie właściwą decyzję. Wierzę też, że uwagi przedstawione w niniejszym piśmie przyczynią się do wydania wyroku zgodnego z prawem oraz interesem publicznym.

Z głębokim respektem

  Stanisław Remuszko 

 

 

 

P.S. Uprzejmie proszę, aby Sąd Apelacyjny, rozważając rozmaite okoliczności całej tej niesłychanej sprawy (absolutnie bezprecedensowej w historii współczesnej polskiej demokracji i polskiej żurnalistyki), zechciał również dostrzec jej pełną aktualność. To nie jest tylko spór sprzed czterech lat, lecz również rzeczywistość bieżąca, najnowsza, ta z 2006 i 2007 roku!!!

Na temat tej niesłychanej sprawy powstał już cały program telewizyjny (wyemitowany 10 grudnia 2006 - załaczam dysk DVD). Kolejne relacje z pierwszej połowy roku 2007 zostały umieszczone w internecie, i specjalnie dla warszawskiego Sądu Apelacyjnego załączam cztery tzw. zrzuty ekranu, czyli bardzo ważne wydruki z mojej strony internetowej www.remuszko.pl. Wysoki Sąd w swej praktyce styka się zapewne z wieloma dziwakami (wariatami, fantastami, mitomanami), ale ja bardzo proszę, aby przy oglądzie i lekturze tych istotnie szokujących załączników Dostojni P.T. Widzowie i Czytelnicy życzliwie dostrzegli, że każdy przedstawiony tam fakt, każada data i każde nazwisko jest zdokumentowane i łatwe do weryfikacji. Mam wykształcenie ścisłe (mat-fiz), z logiki dostałem piątkę u samego Janusza Onyszkiewicza, i wiem co mówię.

To wszystko wygląda wprost niewiarygodnie, to wszystko nie powinno się zdarzyć w Polsce już od kilkunastu lat wolnej i demokratycznej - no, ale się zdarzyło i trwa w najlepsze. Hic et nunc. Nadwiślańska rzeczywistość Roku Pańskiego 2007. Niestety. JA nic na to nie poradzę - choć jako obywatel i dziennikarz okropnie tym się przejmuję - ale SĄD poradzić może. Proszę, niech to zrobi. Niech to Mu się uda :-)

Niniejsze pismo oraz każdy z załączników składam w dwóch egzemplarzach.

 

Załączniki:

1. Relacja z konferencji prasowej 7 grudnia 2006.

2. Dysk DVD z programem wyemitowanym w telewizji Puls pierwszy raz w niedzielę 10 grudnia 2007.

3. Posłowie do III wydania książki (str. 332-336).

4. Posłowie do II wydania książki (str. 227-228).

5. Wyniki sprzedaży III wydania książki w warszawskiej księgarni im. Bolesława Prusa w okresie grudzień 2006 - kwiecień 2007.

6. List otwarty do czytelników z maja 2007.